Zobaczyć przełajowe MŚ w Valkenburgu (i umrzeć)

Kategorie:

Dlaczego triatlon? Być może też dlatego, że z przełajami łączą go te same dyscypliny – rower, bieganie i… niemal pływanie, tylko, że na zdecydowanie krótszych rundach. Zawsze jednak w tle, bez względu na to, czy będzie to kraj nad Wisła, czy też zagranica, pogoda jest paskudna, a okoliczności przyrody przykre. Zimowa Belgia nie różni się tak bardzo od Koziegłów z punktu widzenia kaloszy. Smogu jakby mniej, ale reszta się zgadza. Chyba, że akurat trafimy na mistrzostwa świata w przełajach w holenderskim Valkenburgu. Bo gdzie się można przekonać się bardziej i mocniej o co w tym wszystkim chodzi? Nawet jeśli startowało się w przełajach osobiście – jak nasza ekipa – to nadal wyprawa do źródeł przypomina pielgrzymkę do Mekki. To tu bije serce przebite strzałą CX.

 

Nie dajcie się zwieść, Valkenburg to Holandia, ale stąd do Belgii jest rzut kamieniem, i to dosłownie. To generalnie rzecz ujmując okolica przesiąknięta kolarstwem, a trasa MŚ CX umieszczona została tuż obok słynnego podjazdu Cauberg, znanego z wyścigów takich jak Amstel Gold Race czy Eneco Tour. Nic więc dziwnego, że kibice i z Belgii i z Holandii czują się tu u siebie. Co było widać podczas obydwu dni mistrzostw. To zresztą fascynujące, że pomimo rywalizacji kibicowanie w przełajach ma bardziej charakter zabawy na świeżym powietrzu. Jasne, jest namiętność i pasja, ale nie ma kiboli. Ponad 25000 ludzi – tyle było kibiców w niedziele według oficjalnych danych od organizatorów – i dzieci bawiące się wesoło w błotku pomiędzy, (i pada na nie śnieg!) plus szczypta karnawału? Tak to mniej więcej wygląda. Oczywiście są i „prawdziwe sportowe emocje”! Nic jednak nie odda lepiej tego, jak to wygląda, jak po prostu zdjęcia. Uporządkowane chronologicznie, tak jak widzieliśmy to, kręcąc się po okolicy przez okrągłą niedzielę.

 

 

W przełajach poza samymi zawodnikami najważniejsi są…. mechanicy. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że na jednego dobrego zawodnika w wyścigu przypadają podczas startu trzy (rowery), a po takim wyścigu jak Valkenburg każdy z nich nadaje się praktycznie do remontu, jasne staje się, że jest co robić. W przypadku ekipy amerykańskiej samych mechaników było podobno 12 (na ponad 30 osób startujących we wszystkich kategoriach).

 

 

Niby wszystkie rowery są takie same, ale jeśli jest to amerykański, tytanowy Moots, to już niekoniecznie. Jedna z maszyn Amerykanów. Obok stała druga…. taka sama. Z drugim Bartem.

 

 

Przemek Gierczak, dobry duch polskich przełajów, opowiada nam o tym, z jakimi problemami spotyka się polska reprezentacja. Mechaników jakby mniej niż w przypadku choćby takich Amerykanów, sprzętu też. O Belgach lepiej nie wspominać. I generalnie pieniędzy również  brak. A w tym sporcie, gdzie materiał zużywa się błyskawicznie, bez pieniędzy się zwyczajnie nie da. Zamęt w PZKolu na pewno nie pomaga.

 

 

Jeszcze czyste rowery na linię startu albo do strefy zmian docierały na plecach mechaników. Przemieszane z kibicami i tzw. przedstawicielami mediów. Wszyscy płynęli tym samym strumieniem.

 

 

Kibice w przełajach tu zupełnie oddzielna historia. Można spotkać…. chyba każdego. Ale żeby przedstawiciele steampunkowej subkultury? 😉

 

 

Tu za to wszystko jest jasne – ekipa tworzyła zgrabny i rozpoznawalny fanklub Francuza o imieniu Antoine (a może to Francuzka?). Bo czemu misiek?

 

 

Po startach Polaków – tu kategoria U23 i jeden z naszych zawodników – przetoczyła się przez rowerowy internet fala hejtu, że po co w ogóle startują, skoro zamykają stawkę. Na miejscu można było się przekonać, że rzecz wyglądała mniej jednoznacznie. Bywaliśmy ostatni, ale nie zawsze. W ogonach jeździli też zawodnicy z bardziej rowerowych obecnie nacji, typu Australijczycy. Na pewno więcej pieniędzy by nie zaszkodziło – tu widać było przepaść, choćby w możliwości doboru opon. A jak mają nasi się nauczyć startować w bardzo trudnych zawodach, jak nie startując w nich? Taką taktykę również odbierają najlepsi, przykłady można mnożyć. Np. Amerykanka Katie Compton, która do końca walczyła o złoto wśród kobiet, a która ten sezon siedzi w Belgii i…. ćwiczy z najlepszymi.

 

 

Na zdjęciu, na najtrudniejszym zjeździe, dwóch Australijczyków, w dyscyplinie zwanej kolarstwem synchronicznym. Tu absolutnie wszyscy walczyli o życie, nawet czołówka. A widząc po raz pierwszy trasę nie chciało się wierzyć, że to runda przełajowa, tak była stroma. U nas tak wyglądają trasy XC, CX – nigdy.

 

 

Fotografowie, albo sępy, jak kto woli, czekające na ofiary. Na pewno można im pozazdrościć najlepszych miejscówek, gdzie widzą więcej, a ”normalsi” wejść nie mogą. Marznięcia przez cały dzień zazdrościło się jakby mniej. Podobnie jak dźwigania w błocie sprzętu.

 

 

Połowa wspomnianego już najdłuższego zjazdu, z bardzo ostrym zakrętem po spadku. Tu upadków było chyba najwięcej.

 

 

Niektórych kibiców widać było z daleka. Także tych zredukowanych wertykalnie (czytaj dzieci).

 

 

 

 

Biuro prasowe imprezy. Kolega ze zdjęcia nie ruszał się chyba cały dzień. Momentami trudno było mu się dziwić – na ekranach, jakie miał za plecami, widział więcej niż my na trasie. I nie marzł. Miał też kawę za free.

 

 

Na razie jeszcze Belgowie i Holendrzy trzymają się mocno, ale już widać w młodszych kategoriach, że sport staje się coraz bardziej międzynarodowy. Na zdjęciu Brytyjka Evie Richards, która zdobyła złoto w U23.

 

 

Przełaje przełajami, ale obok czai się szosowy, kultowy Cauberg. Niby podjazd ma tylko około 1200 metrów, ale i 12% nachylenia maksymalnie. Boli nawet jak się podchodzi (jaka szkoda, że nie mieliśmy rowerów!).

 

 

Cała impreza była bardzo dobrze zorganizowana. Pomimo tłumów ruch odbywał się sprawnie. Nawet dzieci nie miały problemów z ogarnięciem sytuacji.

 

 

Za to niektórzy dorośli i owszem. Szczególnie wtedy, gdy stosowali intensywne rozgrzewanie wewnętrzne.

 

 

Rozgrzać się też można było… tańcząc. Chętnym nie było w stanie przeszkodzić absolutnie nic, a już na pewno nie niska temperatura. Można było sobie wybrać także muzykę.

 

 

Ceny atrakcji kulinarnych niskie nie były, ale frytek z sosem (różne do wyboru) spróbować zdecydowanie warto. Nawet jeśli kosztują 6 euro 😀 Pan na pierwszym planie „prowiant” przywiózł z domu.

 

 

Trasę pomyślano tak, że po dobrym wybraniu miejsca można było widzieć zawodników wielokrotnie, a okoliczne zbocza stworzyły ściany amfiteatru. Głowy w przeciwną stronę nie są zwrócone przypadkowo. Główni aktorzy już są pół okrążenia dalej. 

 

 

Jedna z najtrudniejszych przeszkód z góry – i na ekranie TV – wyglądała dość niewinnie. Tu widać, jak zawodnik z Holandii jeszcze jedzie….

 

 

A już po chwili wszyscy zgodnie z trudem wdrapują się pod górę. Z każdym okrążeniem coraz wolniej.

 

 

Narodowe ekipy kibiców były nie do podrobienia! Ta grupa Brytyjczyków, podobnie jak inni, kibicowała nie tylko swoim.

 

 

Przełaje to także sport rodzinny. Tu matka z córką nasłuchują wyników, ale mają nie do końca szczęśliwe miny. Czyżby ich ulubieniec przepadł?

 

 

Jest kilku zawodników (i zawodniczek), którzy startują zarówno w MTB, jak i w przełajach. Zalicza się do nich m.in. Marco Aurelio Fontana. Akurat ten jego start trudno zaliczyć do udanych.

 

 

Cała trasa była wredna. Trudno było myśleć o odpoczynku. Tu niby mamy już koniec zjazdu, a jak widać jeden z zawodników został pokonany przez przeszkody.

 

 

Kluczem do sukcesu tym razem jednak było bieganie. Pomimo tego, że Mathieu van der Poel uznawany był za faworyta, to Wout van Aert, lżejszy i lepiej biegający okazał się sprawniej radzić z ekstremalnymi warunkami.

 

 

Mathieu van der Poel na ostatniej rundzie zmierza do mety. Walczy już tylko o trzecie miejsce. To musiał być szok po tegorocznej dominacji.

 

 

Niby po wyścigu, ale praca jeszcze wre. Znów trzeba wyczyścić rowery. Za tydzień kolejna impreza. I tak na okrągło.

 

 

W kilkanaście minut po przejechaniu ostatniego zawodnika na placu boju zostały już tylko pojedyncze osoby…. I tony błota. Absolutnie każdy marzył już chyba tylko o tym, by się rozgrzać! Stąd zresztą i śmierć w tytule. Warto jednak było zdecydowanie, podobną wycieczkę polecamy każdemu. Tym bardziej, że w przyszłym roku odbędą się bliżej – w duńskim Bogense.

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Anna Tkocz
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x