Wypad na weekend – vlakem a na kole*

Kategorie:

Bohumín

Wieczorem kupuję bilet przez Internet i chwilę potem mam go w skrzynce. Doskonale wiem, gdzie chcę jechać. Od dawna miałam w głowie to miejsce i czekałam tylko na sposobność. Zlin, miasto-ogród, ucieleśnienie wizji jednego z największych kapitalistów tej części Europy, Tomasza Baty, jest akurat w zasięgu roweru, a trasę powrotną można poprowadzić tak, że największy rowerowy malkontent poczuje się zaspokojony.

 

Spotykamy się na stacji w czeskim Bohumínie, godzinę drogi autostradą z Katowic. Ja mam znacznie bliżej, godzinę drogi rowerem. O siódmej rano jest tak ciepło, że nie potrzebujemy nawet kamizelek. Kieszonki mamy wypełnione jednodniowym ekwipunkiem, w kasku, jak w koszyku przewieszonym przez kierownicę, niosę prowiant, część zjem w pociągu, część upcham do kieszeni. Czekają nas dwie przesiadki. Damy radę.

 

vlakem a na kole

 

Pociągi pod specjalnym nadzorem

„Oni są zupełnie inni” – mówię i patrzę na Michała, który nie rozumie wszystkiego dokładnie, ale wyczuwa, na jaki temat toczy się tuż koło nas rozmowa. Podróżujemy w przedziale z rowerami i obok nas siedzi para w podobnym wieku. Wszyscy jesteśmy w lajkrowych wdziankach i przed chwilą wspólnie wieszaliśmy rowery na numerowanych hakach. Starsza pani tuż przed wyjściem z pociągu zwraca się nagle do siedzącej obok mnie, obcej sobie rowerzystki, i tłumaczy, że ta powinna koniecznie zobaczyć się z lekarzem w sprawie żył na nogach, bo wyglądają na chore. Dziewczyna potakuje trochę zażenowana, jej chłopak prosi starszą panią, by ta dała już spokój. Michał z niedowierzaniem patrzy na mnie, szukając potwierdzenia tego, czego może się tylko domyślać: „Czy ona kazała jej zoperować sobie żylaki?!”.

 

Uwielbiam czeskie pociągi! Czuję się tam jak w magicznej kapsule, będącej tworem wyobraźni reżysera jakiegoś czeskiego filmu. Wszystko, co w filmie zdaje się przerysowane, nienaturalnie dobroduszne, abstrakcyjnie niepoważne lub właśnie śmiertelnie poważne, a zarazem zabójczo śmieszne, tam dzieje się naprawdę. Przed chwilą uczyliśmy starszego pana obsługiwać jego nowy telefon i strasznie go tym uszczęśliwiliśmy. „Do kogo należy ten pakunek?” – pyta konduktorka sunąca po korytarzu z wózkiem pełnym napojów. „Bo nie mogę przejść”. „Przejdziecie spokojnie” – odpowiada bez cienia nerwowości starszy pan od telefonu. Konduktorka, otrzymawszy „zgodę” od starszego pana, istotnie bez problemu mieści się w przejściu i po chwili oboje wdają się w wesołą pogawędkę, wymieniając się przy tym kawą z mlekiem i wodą. Moja adaptacja kulturowa wciąż jest na etapie fascynacji tym narodem!

 

vlakem a na kole

 

Zlin

To miasto jest strasznie nie po drodze, schowane za Beskidami, blisko słowackiej granicy, z dala od autostrad, omijane przez główne trakty wiodące na południe Europy. Trudno trafić tam przejazdem, trzeba pojechać celowo! Prywatne miasto Tomasza Baty (Tak, tego od butów! W obliczu Zlina imperium CCC wydaje się mieć wciąż mało istotny wpływ na architekturę!) zaprojektowane przez uczniów le Corbusiera, podporządkowane idei funkcjonalnego modernizmu, jednolite, spójne, schludne, przestronne. Wszystko to wiem, ale kiedy widzę małe ceglane domki o płaskich dachach, powciskane w zbocze doliny jak kostki Scrabble w soczysto zielone sukno, muszę usiąść na grzejniku małego szynobusu, którym mijamy właśnie kolejne dzielnice dzielące nas od centrum. Trochę jak katowicki Giszowiec, ale o zupełnie innym charakterze. Tutaj widzę spójne osiedle modernistycznych kostek, które wciąż wygląda niezwykle nowocześnie, Giszowiec dla odmiany jest rustykalny. Miał przypominać spokojną wieś, z której pochodziła większość ówczesnych robotników koncernu Giesche.

 

Niewielka stacja Zlín střed jest kabiną teleportacyjną do świata fabryk Baty. Wychodzimy z dworca i znajdujemy się pośrodku industrialnego krajobrazu z żelbetu i czerwonej cegły. Tereny fabryki są imponujące. Podobne do siebie wysokie budynki, a między nimi ulice poprzecinane torami wewnętrznej kolei. Nasza trasa nie obejmuje miasta, ale nie chcemy przegapić okazji, by trochę się tu pokręcić. Wbijamy się wprost w dzielnicę modernistycznych domków i jedziemy ulicami, nad którymi jak świąteczne girlandy wiszą kable trolejbusów. Domki są podobne, zaprojektowano je celowo w taki sposób, by jeszcze bardziej „zbliżyć” mieszkających w nich robotników do fabryki. Mikroskopijne kuchnie zachęcały do spożywania posiłków w fabrycznych stołówkach, a samo położenie kazało codziennie spoglądać na fabrykę. Gdy patrzymy na to osiedle, nie możemy jednak oprzeć się wrażeniu, że mieszkający tu ludzie lubią to miejsce, teraz tonące w kipieli bieli i fioletu jabłonek i bzów. Aż chciałoby się posiedzieć w takim ogrodzie i wypić zimnego Radegasta!

 

vlakem a na kole

 

Pagórki

Wyjeżdżamy ze Zlina szeroką ulicą, mijając Uniwersytet Tomasza Baty i kolejne modernistyczne budynki i osiedla. Na wylocie z miasta mądra Strava ułożyła nam trasę ścieżką rowerową o betonowej (!) nawierzchni. Wygodna, szeroka, z krótkimi szutrowymi przejazdami wyprowadziła nas na pierwsze zielone pagórki. Początkowo droga jest bardzo łagodna, raczej płaska, o pomijalnych wzniosach. Wiatr, zgodnie z przewidywaniami, duje z południa i tęgo nas osłabia, jako że początek trasy prowadzi na wschód. Lecimy więc te pierwsze kilometry w delikatnym przechyle, opierając się prawym bokiem o powietrze i chwytając mocniej kierownicę, gdy mijamy przerwy między zabudowaniami. Jest ciepło. Temperatura jak w czasie pierwszych letnich upałów. Gdy jem batonika, czuję sól na moich dłoniach. Początkowo jest trochę nudno. Droga w porządku, asfalt wyjątkowo dobry, mijane wioski zupełnie zwyczajne, pachnie kwiatami jabłoni i bzem. Droga bardzo delikatnie wznosi się, ale to prawie niezauważalne. Pedałujemy, starając się nie irytować z powodu wiatru, i rozglądamy po okolicy.

 

Pierwszy podjazd na trasie kończy się w miejscowości Pozděchov. Nie jest ani długi, ani uciążliwy, a szczyt wieńczy przyjemny kościółek. Zjazd jest całkiem szybki. Wciąż jadąc delikatnie w dół, dojeżdżamy do drogi prowadzącej na Valašské Meziříčí, która odbija na północ. Tutaj po raz pierwszy wiatr zdaje się nam pomagać i zaczynamy wierzyć, że planowanie tej trasy nie było stratą czasu.

 

vlakem a na kole

 

Przełęcz Soláň

Gdy parę kilometrów później uciekamy z głównej drogi, której „główność” nie jest nawet specjalnie uciążliwa, wiatr znów przestaje nam pomagać. Lecimy na wschód doliną rzeczki Vsetínská Bečva i dopiero w miejscowości Velké Karlovice odbijamy ostatecznie na północ, jednocześnie wjeżdżając w końcu w Beskidy. Podjazd zaczyna się przyjemnie, prowadząc drogą, przy której stoją jeszcze pojedyncze zabudowania. W końcu robi się ładnie. Zaczynają pojawiać się pierwsze beskidzkie świerki, a po chwili regularny górski las. Podjazd nie jest stromy, raczej taki zapewniający swobodną kadencję, dobija do siedmiu procent nachylenia. Mijamy zakręt z kilkoma domostwami, który do złudzenia przypomina końcówkę asfaltowego podjazdu z Ustronia na Równicę. Wiem, że przełożenia, jakimi dysponuję, będą dziś mocno spinać moje mięśnie. 35×28 zębów to nie jest ulubione dziewczyńskie przełożenie na góry! Jest duszno, moją twarz zaczyna pokrywać rosa potu. To pierwszy tak ciepły dzień tej wiosny. Teraz już wiem, że dwa tygodnie później ta trasa by się nam nie udała. Piątego maja przełęcze, na które wjechaliśmy, pokryje śnieg.

 

Na przełęczy Soláň znajduje się gospoda i przystanek autobusowy, który teraz posłużył nam za polowe biuro. Odpoczywamy, Michał rozmawia przez telefon, ja mam czas odpisać na parę służbowych maili. Koszulki kleją się do ciała, a wiatr, docierający tutaj z południa, jest ciepły i zupełnie nie myślimy o tym, by na zjazd ubrać się cieplej. Patrzymy na zegarki, liczymy czas i ruszamy dalej.

 

vlakem a na kole

 

Soláň – Pustevny

Zjazd z przełęczy mocno grzeje hamulce! Wiodący serpentynami trakt jest trochę dziurawy i po zimie zostało na nim sporo żwiru, którym w Czechach posypuje się górskie ośnieżone drogi. Trzeba skupienia i odrobiny szaleństwa, by puścić tam heble. Wiatr szumi w kasku jak opętany, kątem oka dostrzegam samochody czające się za moimi plecami i szykujące się do wyprzedzenia, gdy tylko sekwencja zakrętów i prostych na to pozwoli. Michał znika po kilku wirażach na dobre i spotykamy się dopiero w Hutisku-Solanec. Tam tankujemy! Dwulitrowa Kofola znika w naszych gardłach i bidonach. Teraz jesteśmy gotowi na najdłuższy tego dnia podjazd – przełęcz Pustevny.

 

Pustevny

Pustevny to nie przymiotnik, to rzeczownik w liczbie mnogiej. Pustevny znajdują się między szczytami Radhošť i Tanečnice, i są najczęściej odwiedzaną przełęczą w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Kiedyś zamieszkaną przez pustelników stroniących od cywilizacji, teraz gwarnym miejscem o trochę festynowym charakterze. Nie zrozumcie mnie źle, to urocze miejsce, jest tu kilka zabytkowych kościółków (po pożarze, w całości ocalał jeden), widoki są piękne, ale zawsze za dużo tu ludzi. Na Pustewnach nie umrzecie z głodu, a cała przełęcz pachnie frytkami i smażonym serem. Podjazd na Pustevny od strony południowej liczy 13 kilometrów i można go trochę poczuć w nogach. Na przełęczy znajduje się olbrzymi parking i z przerażeniem wyobrażam sobie, jakie tłumy muszą tędy przepływać w wakacyjny weekend. Teraz jest spokojnie. Może dlatego, że na szczycie jest sześć stopni, a zieloność z dolin jeszcze tu nie dotarła.

 

Nie zjeżdżamy. Stoimy chwilę i zastanawiamy się, czy jesteśmy na tyle głodni, by czekać na jedzenie w takiej temperaturze. Któreś z nas spostrzega ukrytą między drzewami wieżyczkę z cebulowym dachem i jakoś zupełnie bez głosowania zaczynamy podjazd szutrową drogą wiodącą w stronę tej budowli. Ku naszemu zaskoczeniu żwirowa droga nagle zmienia się w asfalt, a asfalt wiodący w górę oznacza konieczność dalszej eksploracji. Do tej pory bywałam na Pustewnych tylko na szosówce. Wjeżdżałam na przełęcz (na której zwykle była meta jakiegoś wyścigu) i tą samą drogą puszczałam się w dół. Nigdy to tej pory nie ruszałam się stąd poza asfaltowe drogi i dlatego też nigdy GO nie widziałam – Radegasta, boga słońca, obfitości i żniw, a właściwie jego kamiennej rzeźby, z którą wszyscy tutaj robią sobie zdjęcia. Dziś go znaleźliśmy! Granitowy, trochę tandetny (oryginał uległ zniszczeniu i ten tu to replika ufundowana w latach dziewięćdziesiątych przez browar Radegast), ma jednak swój urok. Polubią go zwłaszcza miłośnicy złotego napoju z browaru z Nošovic, którego flaszki zdobi jego podobizna i którego reklamy od dziesięciu lat zdobi przewrotne hasło: Život je hořký. Bohudík.*

[*Życie jest gorzkie. Dzięki Bogu!]

 

vlakem a na kole

 

Frenštát pod Radhoštěm

Odpuściliśmy sobie czosnkową polewkę na szczycie, odpuściliśmy też szklaneczkę złotego napoju. Zaraz za przełęczą czekało na mnie największe zaskoczenie tej wyprawy – nowy asfalt! Wąska droga zamknięta dla samochodów, wiodąca starym bukowym lasem, była zawsze koszmarem. Dziura na dziurze, obrysowane sprayem, by ostrzegać przed tymi wyrzutniami w kosmos, drobne kamyczki na zakrętach i zielony mech, który sprawiał, że w wilgotne dni asfalt robił się niebezpiecznie śliski. Wszystko zniknęło. Zamiast tego pojawiła się równa jak stolnica, nowiusieńka nawierzchnia. Jeszcze nigdy ten zjazd nie wydał mi się tak piękny. Świeża zieleń, szare pnie buków i te cudowne, wąskie serpentyny wijące się po zboczu. Parę dni później znajomi Czesi wyjaśnili mi, że latem nie jest tam tak sielankowo. Kolarze nie są jedynymi użytkownikami tej drogi, dzielą ją z turystami na hulajnogach. Właściwie czemu nie? Góry są dla wszystkich!

 

Do Frenštátu właściwie się nie pedałuje. Piętnastu kilometrów zjazdu w deszczowy dzień nikomu nie życzę, dziś jednak to była czysta przyjemność. Na rynku w miasteczku zerknęliśmy na zegarki, dokonaliśmy szybkich obliczeń, wyszło nam, że i tak czeka nas parę kilometrów po ciemku, więc „co nam szkodzi kawa?”. Dostaliśmy ją na ławkę, z małym ciasteczkiem i dobrym słowem od pani. Tak powinny wyglądać wszystkie śródwycieczkowe  kawy, zwłaszcza te po przekroczeniu stu kilometrów!

 

Od Frenštátu czujemy, że wracamy. Zostawiamy za sobą wysokie Beskidy, teren robi się łagodnie pofalowany, gdzieś na zachód od nas biegnie autostrada D1, która oddziela nas od Gór Odrzańskich, przed nami, za kolejnymi pagórkami, czeka Ostrava, dawny przemysłowy potwór, dziś wyciszona, ale wciąż tętniąca życiem trzecia metropolia Czech.

 

vlakem a na kole

 

Štramberk

Gdy kreśliłam trasę na Stravie, zostawiłam Štramberk w spokoju, ominęłam go mało uczęszczaną drogą, którą kiedyś przyjechałam tu z Příboru. Teraz jednak, gdy zbliżyliśmy się do miasteczka, szkoda je tak po prostu zostawić za plecami. Zabytkowe, z charakterystyczną wieżą na szczycie szpiczastego wzgórza, z brukowanymi, wściekle stromymi uliczkami, jest często odwiedzane przez turystów. Kuszą nas też sztramberskie „uszy”, miękkie, piernikowe ciasteczka w kształcie rożków, pieczone tu według zastrzeżonej receptury na pamiątkę jakichś koszmarnych potyczek z Tatarami (legenda głosi, że Tatarzy, zdobywszy miasto, ucinali ucho każdemu zabitemu mieszkańcowi, by udokumentować swoją waleczność).

 

Przez włóczęgę po Zlinie i zwiedzanie Štramberku nabiliśmy dodatkowych dwadzieścia kilometrów. Słońce ucieka nam trochę za szybko, zwiększamy więc prędkość. W ekspresowym tempie przelatujemy przez Příbor, miejsce urodzenia Sigmunda Freuda. Za każdym razem, gdy tam jestem, zachwycam się rynkiem. Plac nie jest zupełnie poziomy, prostokątny, budynki mocno odrapane. Brakuje im bogatego inwestora, ale kolory i przestrzeń są tu jakieś kojące.

 

Droga z Příboru jest niesamowicie przyjemna, wiatr wieje nam w plecy, wieczór jest ciepły, światło ładne, choć mocno już przygaszone. Docieramy do miejscowości Stará Ves nad Ondřejnicí. Przełajowcy znają to miejsce, można tu wygrać flaszkę wina lub Becherovki i kiełbasę, a jednocześnie pościgać się na jednej z najlepszych tras przełajowych dostępnych amatorom. Miłośnikom architektury ta niepozorna wieś oferuje atrakcję w postaci renesansowego zamku, istnej perełki pokrytej czarno-białymi malowidłami, kryjącej urocze krużganki wewnątrz dziedzińca.

 

vlakem a na kole

 

Poruba, Hlučín, Šilheřovice

Spadamy. Gdyby było lato, właśnie zaczynałyby ciąć komary. Jedziemy wzdłuż Ondřejnicí, która po paru kilometrach doprowadzi nas do Odry, wyglądającej tu jak rzeczny przedszkolak w porównaniu z dorosłą maturzystką przepływającą przez Wrocław. Jesteśmy już na przedmieściach Ostravy, wzmaga się ruch, ale nasza jazda nie ma znamion nerwowości. Niespodziewanie wyłania się przed nami przedziwny budynek, szeroki, wysoki, o niezliczonej liczbie okien i wieżą z jednej strony. Droga, którą jedziemy, wpada w bramę o półokrągłym sklepieniu. Wjeżdżamy do Poruby! Poruba to skrajna zachodnia dzielnica Ostravy, tam mieści się Politechnika, duży szpital, a sama dzielnica jest monumentalna, trochę jakby zbudowana z „Pałaców Kultury”. Wybudowana w latach pięćdziesiątych XX wieku miała być nowym centrum miasta, które ze względu na kierunki wiatrów powinno było być chronione przed zanieczyszczeniami z terenów przemysłowych. O Porubie śpiewa sam Jaromír Nohavica, a ja uwielbiam Porubę, bo zaraz za nią zaczynają się wzgórza i lasy, i za to, że to niesamowicie żywa dzielnica. Jest już wieczór, główna ulica jest odgrodzona tymczasowymi barierkami i zamknięta dla ruchu, na niej setki rolkarzy i rowerzystów korzysta z pięknego wieczoru. Dzień później wystartuje stąd Porubajk, maraton MTB, który swoim przebiegiem potrafi zaskoczyć wyznawców „tylko górskich tras”.

 

Zostały nam dwa niewielkie podjazdy. Zostawiamy Porubę i przez miejscowość Děhylov, spadając pojedynczą stromą serpentyną, docieramy wkrótce do Hlučína. Zaraz za miastem wspinamy się wzdłuż wysadzanej śliwami drogi do Darkovic i muzeum czechosłowackich umocnień. Jest już niemal całkiem ciemno i niczego już nie możemy zobaczyć, ale to miejsce powinni odwiedzić miłośnicy historii drugiej wojny światowej. Region jest niemal usłany bunkrami wybudowanymi przez Czechów przed wojną. Taką ich liczbą nie może się pochwalić nawet linia Maginota we Francji.

 

W zupełnych ciemnościach przemykamy przez Šilheřovice i nawet nie próbuję uświadamiać Michałowi, jakie miejsca mijamy. Już pięćdziesiąt kilometrów wcześniej oznajmił, że nastąpiło u niego absolutne wysycenie atrakcjami i już niczego więcej nie jest w stanie wchłonąć. Pałac w Šilheřovicach i tereny do niego przyległe (między innymi 18-dołkowe pole golfowe usytuowane w pałacowym parku w angielskim stylu) wymagają przynajmniej kilku godzin zwiedzania. Wioska jest niezwykle urocza, a jej historia sięga XIII wieku. Gdy kończą się zabudowania, wita nas ojczyzna, by za sto metrów znów pożegnać. Właściwie wróciliśmy do domu!

 

Ostatnie kilometry (znów dzięki czarnoksięskim algorytmom Stravy) pokonujemy ślepymi drogami, które jakimś cudem zupełnie komfortowo są przejezdne dla roweru. Dworzec w Bohumínie wita nas iluminacją frontowej ściany i po 193 kilometrach kończymy naszą przygodę. Czy to miało sens? Jasne! Czy sens jawiłby się tak samo jasno, gdyby wiatr był z innego kierunku? Pozostawiam wam decyzję. O 20:45 w powszedni dzień otwarte są w Bohumínie supermarkety, gdyby trasa nie przyniosła wam satysfakcji, skarby czeskich piwowarów na pewno osłodzą zmęczenie. Pamiętajcie! Żywot jest gorzki. Dzięki Bogu!

 

vlakem a na kole

 

Fakty

Bohumín – pierwsza na naszej trasie czeska miejscowość za granicą. Dojazd z Polski autostradą A1 bez winiety.

Pociąg Bohumín – Zlin – cena: 220 czeskich koron, w tym opłata za rower; czas jazdy: 7.24-10.09, w tym dwie przesiadki (bez stresu).

Bilet można kupić na stronie ČD (Czeskie Koleje). Płatność kartą. W razie rezygnacji bilet można bez problemu zwrócić. W każdym z pociągów respektowana jest elektroniczna wersja biletu, ale należy mieć przy sobie dokument ze zdjęciem. Miejsca często są numerowane i dotyczy to także haka na rower.

Jeśli chcecie przejechać naszą trasę, znajdziecie ją tutaj:

https://www.komoot.com/tour/65787946

 

[*pociągiem i rowerem]

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz, Michał Szulhan
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x