Wypad na weekend: Góry Odrzańskie „nigdzie”

Kategorie:

Zapora Slezska harta przycupnęła w śniegu, jezioro było zamarznięte i wiatr gwizdał w skałach. Tracąc ciepło, przyglądaliśmy się dziwnemu budynkowi na jeziorze. Byliśmy jak Luke Skywalker na śnieżnej planecie Hoth – czekaliśmy na atak zmierzchu i mrozu. Dygocząc, stoczyliśmy się powoli w dół zapory i wjechaliśmy w wąską terenową ścieżkę wzdłuż rzeki Morawicy. W tamtym momencie miałam tylko jedno życzenie – nie złapać kapcia! Kiedy wypadliśmy z powrotem na asfalt, odetchnęłam z ulgą. Prosto prowadziła zaśnieżona ścieżka wzdłuż rzeki, z prawej strony zaczynał się stromy asfaltowy podjazd prowadzący w głąb Gór Odrzańskich, w lewo zapraszała nas droga ku domowi. Miałam lodowate dłonie. Słońca już dawno nie było. Wybór był oczywisty. Zaśnieżona ścieżka wzdłuż Moravicy śniła mi się później nad ranem.

 

Myśli się po zachodzie słońca

 

Rok później, poszukując idealnego miejsca na fotografowanie zachodu słońca, odkryliśmy drogę pnącą się bukowym lasem od Hradca nad Moravicí na zachód. Latem jej nie zauważyłam, musiała kryć się wśród liści. Najwyraźniej jednak czekała tu na mnie przez te wszystkie sezony, kiedy wystraszona chłodem jesieni przestawałam ruszać się z domu. Teraz zimą kusiła tak, że trudno było jej odmówić. Przejechaliśmy nią kilka kilometrów, mając po prawej stronie toczącą się rzekę, po lewej chroniącą od wiatru skalistą ścianę doliny. Znów słońce nie chciało na nas poczekać i znów skończył się asfalt. Zawróciliśmy. Wtedy zaczęła świtać mi myśl, że skoro w 2017 widziałam wzdłuż Moravicy ścieżkę w powiecie bruntalskim, a w 2018 odkryłam podobną w powiecie opawskim, to jest cień szansy, że sprytny naród czeski obie te ścieżki połączył. Na mapie rzeka między tymi punktami wyglądała jak płynący zaskroniec, jak szlaczek w zeszycie pierwszoklasisty, jak wstążka gimnastyczki – niezliczone meandry między gęstymi poziomicami Gór Odrzańskich.

 

Wieczorem miałam już plan – wytyczyć trasę od drogi zachodzącego słońca na wschodzie do śnieżnej ścieżki Luke’a Skywalkera na zachodzie. Wzdłuż Morawicy. Górami. Na przełajówce! Jeśli się da… Mapy bowiem zbytnio tego nie potwierdzały.

 

A co na to lodowiec?

 

Góry Odrzańskie (Oderské vrchy) są najbardziej wysuniętym na wschód pasmem Sudetów. To niewysokie pokryte lasami wzniesienia, miejscami bardzo strome i niedostępne, gdzie indziej całkiem łagodne. Można by pomyśleć, że to morena utworzona przez lodowiec, który, rzeźbiąc Morawy, przy okazji usypał tu kilka górek. Kiedy jednak zagląda się głębiej w lasy lub pokonuje mniej uczęszczane drogi, góry pokazują, z czego są zrobione. Skały, często popękany łupek, czasem gładkie jego tafle, innym razem powykręcane warstwy w rozpadlinie lub wysokie pionowe ściany. To najmniejsze i najładniejsze góry, jakie widziałam.

 

 

 

 

Hradec nad Moravicí

 

Jeśli tylko mam czas na 150 kilometrów, zawsze jadę do Hradca. Na zamku w Hradcu można wypić espresso i zjeść palačinky se zmrzlinou (naleśniki z lodami). Według legendy tam właśnie spotkały się orszaki weselne Dobrawy i Mieszka I. Szosy wokół są gładkie, a teren bajecznie pofałdowany. To raj dla szosowców. Nie wiem, co powie na to wszystko moja przełajówka.

 

Przeskakujemy wzgórze zamkowe i fragment suniemy po żwirowej parkowej ścieżce. Choć to środek zimy, pogoda jest listopadowa. Moja nowo odkryta ścieżka odbija od głównej drogi Hradec – Melč, przelatuje nad rzeką i gwałtownie zaczyna piąć się w górę. Rzeka nie jest rwąca. Raczej leniwie toczy się przez łąki w dość głębokiej dolinie. Asfalt kończy się po paru kilometrach i od tamtej pory mało go widujemy. Jest zupełnie cicho, szosy odbiegły od rzeki w swoich kierunkach i otaczają nas tylko góry. Strome, zalesione. Czasem ścieżka wybiega na łąkę, zrytą ryjami dzików, czasem przeskakuje przez rzekę mostkami bez poręczy. Poznaję jeden z mostków, wiem, że za nim wpadniemy na korzenny single trail – jechałam tędy podczas Silesia MTB maraton. Wtedy wokół rzeki kwitły zawilce. Dla przełajówki to trudny fragment, korzenie są śliskie i pokrywa je mokry śnieg. Obok na łące pasą się białe kudłate krowy o wyglądzie jaków. Mają wielkie czarne nosy i gapią się na nas zadziwione.

 

 

 

 

 

Droga ścieżko!

 

Jedzie się super. Ścieżka wiedzie łagodnym terenem, rzeka obok jest płytka, a woda mimo opadów deszczu przejrzysta. Nie meczę się, nie jest mi zimno, droga trzyma się rzeki, jestem dobrej myśli, rozglądam się i oddycham głęboko.

 

Mija właśnie południe, a my przejechaliśmy ułamek mojej trasy. Góry robią się jeszcze bardziej pionowe, rzeka ucieka od drogi, a droga z szutrowej zmienia się w szosę. Jesteśmy w Vitkovie Podhradí, u podnóża ruin zamku Vikštejn. Tutaj wiją się szosowe serpentyny, które rok temu, ujrzane na mapie, ściągnęły mnie w te rejony na szosówce. Mogłabym tu bywać co tydzień przez rok i na pewno by mi się nie znudziły. Zamek czai się lesie na wzgórzu i nigdy do niego nie dotarłam, ponieważ za każdym razem mój rower obuty był w cieniutkie szytki, a 85 kilometrów do domu na kapciu wyglądało na głupi plan.

 

Ruiny świadczą o wielkości i potędze tego trzynastowiecznego grodu. Mury dzielą się wzgórzem z bukowym lasem, na kilku drzewach powieszono linowe huśtawki. Jakie to czeskie! Podczas gdy piknikujemy beztrosko na wieży widokowej, od zachodu ciągną sine chmury i zrywa się wiatr. Zaczyna robić się zimno. Tych kilka uroczych zachwalanych wcześniej serpentyn w dół zamraża mi palce. We wsi odpalamy telefony. Dwa najlepsze prezenty od Unii Europejskiej? Otwarte granice i działanie moich pakietów internetowych poza granicami PL! Nie wiemy, jak jechać. Internet z pakietu może i działa, ale tutaj akurat słabo. Podążamy czerwonym szlakiem pieszym, wychodząc z założenia, że tam gdzie przejdzie pieszy turysta, tam i przebrnie pieszy turysta z przełajówką na plecach. „Miej respekt dla gór” – mówili – „nawet tych niskich”. Ale nie słuchałam.

 

 

 

 

 

Gdzie jest droga?

 

Czerwony szlak na dwudziestym drugim kilometrze naszej trasy wpakował nas na pieszą kładkę w remoncie, na którą włamaliśmy się, udając, że nie rozumiemy umieszczonej pod kamieniem, starannie osłoniętej folią kartki informującej, że „zamknięte do odwołania, a nawet prawdopodobnie do wiosny”. Ile jeszcze razy poczuję się jak w absurdalnej czeskiej komedii? Za kładką czekały nas strome omszałe schody i mrożący krew w żyłach singielek z widokiem na przepaść i jaz na Morawicy. Po drugiej stronie rzeki ktoś obserwował nas przez lornetkę.

 

Potem pojawiły się ptaki. Najpierw na rzece, która rozlała się szeroko, tworząc małe jeziorko, zaświszczały wzbijające się w powietrze łabędzie, potem śmiejące się głośno kaczki i bezgłośne czarne kormorany. Dwie szumiące cicho czaple przefrunęły nisko nad nami, a na końcu pojawił się on – król – bielik. Olbrzymie prostokątne skrzydła, biały ogon i elegancki lot. Gdy usiadł na drzewie po drugiej stronie rzeki, wyglądał jak pies siedzący na gałęzi – ogromne zwierzę! Patrzyłam jeszcze długo w jego kierunku, aż poczułam, że zapadam się w błocie. Od tamtego miejsca było tylko gorzej.

 

 

 

Rowerowa chuliganeria

 

Błoto skończyło się przy osadzie domków letniskowych w cichej dolince. Pojawiła się zadbana trawa, ozdoby na trawnikach, znak „Zakaz wstępu. Teren prywatny” i most z furtką. Z dwiema furtkami. Zniknęła za to droga wzdłuż rzeki.

 

Zadzieraliśmy głowy, patrząc w górę stromego zbocza przed nami, łypaliśmy wzrokiem ku błotnistej drodze uciekającej od rzeki i w końcu po raz drugi włamaliśmy się na most. Nad furtkami szczerzył swoje ostre kły drut kolczasty, z boku furtek zapraszały szczeliny wielkości niedźwiedzia. Wybraliśmy niedźwiedzie szczeliny. Zmieściliśmy się w nie wraz z rowerami.

 

Nowa nadzieja

 

Po drugiej stronie biegł sobie spokojnie, niezrażony naszymi przygodami czerwony szlak. Podążyliśmy za nim. Było ładnie. Pojawił się śnieg. Coraz więcej śniegu. Ścieżka zrobiła się wąska i pokryła się splątanym korzeniami. Po dwustu metrach wspinaczki (bo zaczęło robić się pod górę) poczułam się zmęczona. Bardzo zmęczona. Rower nie słuchał, zahaczał kierownicą o bukowe krzewinki, właził pod nogi. Rzeka toczyła się w dole, sinobłękitna, spokojna, zimowa.

 

Chwilę później byliśmy gdzieś w Karkonoszach. Śnieg, pod śniegiem skały, niknąca ścieżka i stromo. Rękawiczki zrobiły się mokre od podpierania się dłońmi w czasie wspinaczki. Rower zaczynał mi bardzo przeszkadzać. Kiedy dobrnęliśmy do szczytu wzniesienia, miałam ochotę zawrócić. Przede mną było prawie pionowe zejście po skałach, pokrytych śniegiem i błotem. Z powrotem było jednakowo źle. Rower w tych warunkach wyglądał niedorzecznie. Zające, trzymając się za brzuchy, pokazywały nas sobie puchatymi łapkami.

 

 

 

Czy jest tu jakaś Biedronka?

 

Otaczały nas skały. Spękane jak skalna chałwa. Jakkolwiek ciężka nie byłaby droga, warto ją było przejechać, przejść, wdrapać się, mocząc rękawiczki. Zupełna dzicz, leniwa rzeka w dole, wąski szlak i magiczne skaliste góry. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o jakimś burgerze z burgerowozu. O jakimkolwiek. Poczułam, że jestem tak głodna, że jestem skłonna zjeść nawet utopenca (parówkę marynowaną w cebulowej zalewie) w pierwszej napotkanej gospodzie. Spojrzałam na telefon, który z trudem łapał strzępki Internetu. Nie widać było żadnej drogi wzdłuż rzeki. W tym miejscu rzeka decydowała, że potrzebuje samotności, odcięła się od wszystkich i zaszyła w górach (bez zasięgu sieci, bez dostępu do Facebooka). Czasem każdy tego potrzebuje. Nawet rzeka.

 

Doczołgaliśmy się do drogi. Wyciągnęłam z plecaka termos z zimową słodką herbatą i zastygłam w bezruchu, kucając nad rowerem, z twarzą schowaną w dłoniach. Robiło się późno. Została nam godzina do zmierzchu. „Dajcie mi spokój” – pomyślałam – „Chcę do domu”.

 

Epic fail

 

W Hradcu byliśmy minuty przed zapadnięciem totalnych ciemności. Wróciliśmy asfaltem, podążając po moich szosowych szlakach. Zostawiając skały, Morawicę i nieistniejącą drogę między śnieżną planetą Luke’a Skywalkera a wzgórzem zachodzącego słońca. Nie dotarliśmy nawet do połowy dystansu! Zimą dzień jest stanowczo za krótki! Zimą wszystko jest trudniejsze.

 

* * *

 

Mapy potwierdzają, że to nie będzie proste. Mówią, że nie ma asfaltu i że może nie być nawet szutru. Pewnie będą skały i gęsto wyrysowane poziomice. Będzie też rzeka, od której można zawsze na chwilę się oddalić. Moja nowa droga wzdłuż Morawicy na pewno gdzieś tam się czai. A jeśli nie, w kwietniu czeka mnie nowa PRZYGODA!

 

 

 


Zobaczcie dodatkową galerię z naszego wypadu tutaj

Możecie powtórzyć naszą trasę – znajdziecie ją pod linkiem i poniżej

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz, Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x