TEIDE, MIEJSCE, GDZIE MIESZKA ZŁO…

Kategorie:

W wieczór świętego Mikołaja, kiedy przerażone dzieci usadowione na kolanach swoich watobrodych wujków w czerwonych płaszczach pytane były o grzeczność, my odbieraliśmy naszego Berlingo z wypożyczalni na lotnisku. Wiało i palmy w lotniskowej alei ładnie szeleściły. W Polsce od kilku godzin było już zupełnie ciemno, tutaj niskie słońce zaglądało jeszcze pod sukienki palmom, tarzało się w połyskującym piasku i tańczyło w falbanach fal. Było ciepło. Zaskakująco jasno i ciepło!

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, El Medano

 

 

 

PIERWSZE SPOTKANIE

Jedziemy autostradą na północ, niedaleko, parę kilometrów. Rozglądam się, a właściwie gorączkowo łapię obrazy. Z prawej strony niebieskawy ocean i fragment żółtawego pustynnego wybrzeża, na którym jeżą się kaktusy i dziwne krzewinki, z lewej teren gwałtownie się wznosi. Wiem, że tam chowa się Teide. Chwilę wcześniej widzę go z samolotu: brązowawy, skłębiony, nawet nie strzelisty, bardziej jak kawał mlecznej czekolady zastygłej w lodowatej wodzie, jak wróżba z wosku, ciemnobrązowego wosku. Jest kuszący, a jednocześnie jakby mówił: „nie dotykaj mnie”.

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, El Medano

 

 

 

 

FALOWANIE I SPADANIE

Słońce zachodzi parę minut po osiemnastej i natychmiast robi się ciemno. Krótko spacerujemy, a ja kreślę w głowie mapę El Médano: sklep, plaża, bike point, dom. Mieszkamy na rogu. Trzy z czterech ulic przy naszej kamienicy wiodą pod górę, czwarta prowadzi nad ocean. To kwintesencja infrastruktury na wyspie, gdzie nigdy nie jest płasko. Nawet jeśli droga prowadzi przy oceanie (co zdarza się niezmiernie rzadko, bo wybrzeże jest skaliste, wysokie i często niedostępne), pnie się i opada, wpadając w rozpadliny i wijąc się serpentynami.

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, El Medano

 

 

 

 

Teneryfa to nie kwiatki na kierownicy, nie coffee ride’y, nie wycieczki z rodziną na łąkę, żadne kolarstwo romantyczne; to poważne, ciężkie kolarstwo dla psychofanów podjeżdżania i zjeżdżania. Ola, Michał i ja zrobiliśmy w tym roku 47 tysięcy kilometrów i 611 tysięcy metrów w pionie. Sumarycznie. Wkład nie był równomierny. Jesteśmy tu, by przejechać przedostatnią przed Sylwestrem pięćsetkę na głowę i wydrzeć niebu kolejne metry przewyższeń. Potem zostanie nam tylko Festive 500. I szampan.

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, Vilaflor

 

 

 

 

DZIEŃ PIERWSZY. WYPRAWA BADAWCZA

Rowery zarezerwowaliśmy jeszcze przed wyjazdem. 160 euro za tydzień. Karbonowa rama, Shimano 105, tarczowe hamulce i kaseta z trzydziestoma dwoma zębami. Można też taniej i prościej. Aluminium i zwykłe hamulce kosztują mniej, ale zjazd z Pico del Teide ma pięćdziesiąt kilometrów, nie ma dłuższego w Europie. Do Vilaflor (niewielkiego miasteczka na zboczu Teide) wiedzie kilka dróg. Dziś testujemy tę wiodącą najbardziej z zachodu. Nie jest stromo – 6, 7, 8%. Pniemy się serpentynami po zboczu, droga wije się pod górę, czasem samochód widziany daleko w górze uświadamia, ile jeszcze czeka mnie wspinaczki. A potem z tamtego miejsca znów widzę kolejne okolone murkami zakręty. I kolejne… Gdybym nie lubiła tego robić, chciałabym usiąść i zapłakać. To 25 kilometrów niechcącego odpuścić podjazdu!

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, Vilaflor

 

CHWILA WYTCHNIENIA
Zatrzymaliśmy się w Vilaflor na ostatnią colę w drodze na Teide.

 

 

 

 

Na wysokości 1400 m n. p. m. mamy do wyboru knajpkę, bike point, sklep z losowo stosowaną porą sjesty oraz stację benzynową. Na stacji mają ciastka za euro… Następnego dnia zatrzymamy się w Vilaflor na ostatnią colę w drodze na Teide. Dalej nie ma już nic. Z Vilaflor prowadzą cztery drogi. 75% z nich wiedzie w dół. To oznacza siedemdziesiąt pięć kilometrów potencjalnych zjazdów! Na około sześćdziesięciu z nich nie ma ani jednej dziury w asfalcie! Na większości dróg w górach nie ma! Im bliżej wybrzeża, tym asfalty robią się gorsze. Czasem są tak złe, że nigdy więcej nie chcecie tam wracać. Nawet na pożyczonym rowerze z oponami 28 mm. Dziurawość asfaltów tutaj to zupełnie inna jakość – spękania, szczeliny. Nie gną obręczy, nie wyrywają szprych, nie wysadzają w kosmos. Sprawiają, że rower trzęsie się i wibruje, zmniejszając kontakt opon z szosą. Jedyne lekarstwo na to – luz.

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, Vilaflor - El Medano

 

INNA JAKOŚĆ
Szosy pozbawione studzienek i ostrożni kierowcy!

 

 

 

 

TEIDE, MIEJSCE, GDZIE MIESZKA ZŁO

Nic, co widziałam w życiu, nie przygotowało mnie na Teide. Żaden podjazd w moim życiu nie obfitował w taką różnorodność. Żaden nie był też ani w połowie tak długi. Od oceanu do najwyższego punktu, gdzie można dotrzeć szosówką, jest 50 kilometrów. W Teide najlepsze jest to, że można go podjechać z wielu kierunków. Tydzień na wyspie to stanowczo za mało, by nacieszyć kolarską duszę! Tydzień to akurat tyle, by sporządzić listę miejsc do odwiedzenia następnym razem. Na początku jest ocean. Właśnie od tego miejsca jest pod górę! Dramatycznie słaby asfalt, spory ruch, przejazd przez miasto i kilka kilometrów otwartych przestrzeni, aż do miasteczka Granadilla.

 

 

 

Teneryfa, Teide, kaldera

 

 

 

 

Dalej asfalt wciąż jest słaby, ale ubywa samochodów i zaczynają się dziksze tereny. Niezliczona ilość serpentyn wiedzie do Vilaflor, ostatniej osady na trasie. Za nią zacieniona droga wśród długoigłych sosen robi się bardziej stroma. Skały, sosny i asfalt gładkości lakieru na nowym Ferrari. Pachnie latem, skóra zroszona jest potem, ale powietrze jest rześkie. Gdyby przytrafił się defekt, po chwili potrzebowalibyśmy herbaty z rumem. Droga prowadzi nas na grań kaldery. Tutaj ubieramy kurtki, bo kto by nie ubrał na szczycie… Kasprowego Wierchu. Ściany kaldery sięgają 2000 metrów nad poziomem morza!

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, kladera

 

 

 

 

Za granią otwiera się płaskowyż – zapadnięty stożek pierwotnego wulkanu Las Cañadas. Ma 12 kilometrów długości i sprawia, że wstrzymuję oddech. Właściwie muszę myśleć, by w ogóle oddychać. Widok kaldery to jak sekcja zwłok planety, flaki Ziemi, jej rozpruty żołądek. Teide śpi, ale żyje. Nie chcę, żeby się obudził, bo bardzo chcę tu wrócić. Nie da się bowiem zaspokoić oczu szczegółami tego widoku. Skały wyglądają tu czasem jak kawały boczku zapieczonego w pasztecie – pionowe plastry bazaltu, fragmenty bazaltowych płyt równej grubości wbite w inną, bardziej porowatą skałę, istotnie wydają się być w nią wtopione. Innym razem jak hałda wielkopiecowego żużla – rdzawej skalnej piany wyrzyganej przez wulkan. Są też piaskowce i piasek, i olbrzymie skalne słupy, strzeliste, poszarpane, czasem równe, jakby betonowe. Miejscami znikają wszystkie rośliny. To jak powierzchnia innej planety, jak scenografia do filmu science fiction.

 

 

 

 

Teneryfa, Teide, kaldera, wulkan

 

 

 

 

Zjazd z Teide, z wiatrem w plecy, przerwany krótkim podjazdem pod ścianę kaldery, jest najtrudniejszym zjazdem, jaki przyszło mi pokonać na szosie. Zakręty są cudownie wyprofilowane, asfalt jest gładki jak lakier na paznokciach nienagannej sekretarki, widoki olśniewające, a nachylenie optymalne… Zabija długość. Koncentracja, prędkość, adrenalina, ciągła praca ciałem, balans, wyprzedzanie samochodów, hamowanie, dokręcanie… Pod koniec zjazdu drżę i dygoczę jak w delirium. Ten zjazd jest lepszy od najlepszego wina i równie tragicznie uzależnia. Pod koniec dnia jestem wykończona.

 

 

 

Teneryfa, Teide, wulkan, kaldera

 

 

 

MASCA I ANAGA

Teide to brąz skał i skąpa roślinność, ale są na Teneryfie i miejsca zielone. Zielone w grudniu! To chłostany wiatrem masyw Anaga od północnej strony wyspy i masyw Masca od południa. Miejsce o najłagodniejszym klimacie, gdzie kumuluje się ruch turystyczny. Najwięcej tam sklepów z pamiątkami i hoteli. Północ jest przeciwieństwem południa. Mimo że blisko tętniącej życiem stolicy Santa Cruz de Tenerife, północ jest pusta, prowincjonalna, odludna, piękna. Niech was jednak nie zwiedzie ta rajska zieleń obu regionów, to mordercze góry, z podjazdami długimi i stromymi, i zjazdami, na których zapomina się o całym świecie. Tam można doświadczyć flow. Tylko rower, droga i rytmiczne wchodzenie i wychodzenie z zakrętów, skupienie i euforia w jednym!

 

 

 

 

Teneryfa

 

 

 

 

W masywie Anaga często pada deszcz i mało tu turystów. Góry są zielone i puste. Nie ma tu stacji benzynowych z ciastkami za euro, nie ma wiejskich sklepów z colą. Czasem zdarzy się bar, raczej brzydki, bez neonów, białych obrusów, znów bardzo prowincjonalny i swojski. Zajrzyjcie do jakiegoś, z pewnością zaproponują wam coś dobrego i tłustego, z dodatkową porcją ziemniaków po kanaryjsku. „Jeszcze pięćset metrów” – mówi Michał, przesuwając palcem po wyświetlaczu telefonu. Nie operujemy dystansami, interesują nas wartości przewyższeń. „Do szczytu jeszcze pięćset metrów w górę”. W głębi duszy zmawiam cichutko zdrowaśki, by to pięćset metrów nie wypadło na pięciu kilometrach. Nie jest to niestety tak oczywiste i czasem jest całkiem stromo.

 

 

 

 

Masca, Teneryfa

 

SERPENTYNY
…jak pozwijane jelita trawiące samochody, autokary i kolarzy.

 

 

 

 

Masca pełna jest turystów. Przyjeżdżają autobusami, samochodami, zatrzymują się, robią zdjęcia. Morze w dole jest turkusowe. Los Gigantes – olbrzymie brązowe skalne klify wyznaczają nam linię startu. Dwa podjazdy i dwa podjeździki. Nic takiego w porównaniu ze wspinaczką pod szczyt Teide, ale to wciąż kilkadziesiąt kilometrów wysiłku i skupienia. Serpentyny wyglądają jak jelita: poupychane na zboczu, chowają się czasem między skałami, wiją się, trawią samochody i autobusy, furgonetki i kolarzy. Z Santiago del Teide patrzymy na wulkan, wspinamy się jeszcze odrobinę wyżej i przeskakujemy przez szczyt, by za chwilę spadać lawiną w dół ku oceanowi. Miasteczko w dole tętni życiem, bar przy drodze pełen jest ludzi: telewizor, piwo, mecz, dyskusja. Świetne miejsce na zdjęcia: port, stara fabryczka na wybrzeżu, skały i lazurowe kotłujące się w dole morze.

 

 

 

 

 

 

 

Okazji do spektakularnych ujęć jest na Teneryfie na pęczki, to plener do kolarskich kalendarzy i reklam ciuchów za grube euro. Wieczory spędzamy zatem nad zdjęciami: makaronowa obiadokolacja, wino za dziewięć złotych i dwa rozłożone na stole laptopy. Szybko, szybko, by zwolnić na karcie miejsce na kolejne megabajty rajskich i piekielnych obrazków. Nasze ambitne kolarskie wakacje trwają tydzień, upchane między dwa loty WizzAira. Dla nas to sześćset kilometrów i prawie dwanaście tysięcy metrów przewyższenia. To wciąż wakacje, w których jest czas na polowania na wschody i zachody słońca, na kąpiel w oceanie, włóczenie się po mieście, relaks, czytanie i spanie. Moja głowa odpoczywa, ciało jest szczęśliwe, bo jest mu ciepło i oddycha czystym morskim powietrzem.

 

 

 

 

ZJAZD
Zakręty są cudownie wyprofilowane,

asfalt jest gładki jak lakier na paznokciach nienagannej sekretarki,

widoki olśniewające, a nachylenie optymalne…

 

 

 

 

 

 

ASFALT
Im bliżej wybrzeża, tym asfalty robią się gorsze.

Czasem są tak złe, że nigdy więcej nie chcecie tam wracać.

Nawet na pożyczonym rowerze z oponami 28 mm.

 

 

 

 

 

Kiedy po całym dniu pakowania, ostatnich odwiedzinach lokalnego marketu, jeździe samochodem i innych „brudnych” czynnościach myję na lotnisku ręce, woda spływająca do odpływu jest czysta – to najlepsza cecha Teneryfy. Wracamy. Nasz Mikołaj po tygodniu grudniowych wakacji zreflektował się, na co naprawdę zasłużyliśmy… Na swojski domowy smog – współczesną rózgę dla niegrzecznych!

 

 

 

 

 

 

PODRÓŻ

 

LOT

Wybraliśmy najtańsze połączenie w najtańszej konfiguracji. Dla nas był to WizzAir z KTW – 590 zł w obie strony.

 

NOCLEG

Wybraliśmy apartament w El Medano na booking.com. Nie za drogi, nie za tani, odpowiedni. Wpłaciliśmy zaliczkę, jednocześnie kontaktując się z właścicielem.

 

 

 

 

 

 

 

ROWERY

Zdecydowaliśmy, by rowery zostawić w domu i na miejscu pożyczyć je z Bike Point (cena od 120 euro za tydzień). Koszt transport roweru WizzAirem ok. 260 zł w obie strony. Postanowiliśmy nie ryzykować strat we własnym sprzęcie w razie „katastrofy lotniczej”.

 

PRZEMIESZCZANIE SIĘ

Wypożyczyliśmy również samochód, by łatwiej przemieszczać się z i na lotnisko, oraz by troszkę oszczędzić sobie pedałowania w drodze do odleglejszych zakątków wyspy (Anaga i Masca). Ceny paliwa przyjazne.

 

 

 

 

WSPINACZKA
Wdrapujemy się na grań kaldery Las Cañadas.

 

 

 

 

JEDZENIE

Pozostałe koszty były mało przytłaczające. Gotowanie ogarnialiśmy w apartamentowej kuchni, wszystkie produkty kupowaliśmy codziennie w pobliskim markecie. Ceny zbliżone do polskich.

 

TRASY

Trasy, dzięki Michałowi, mieliśmy zaplanowane i wytyczone na Stravie. Warto skorzystać ze „śladów” wytyczonych przez doświadczonych bywalców, by nie błądzić, a trafić w najpiękniejsze rejony i przejechać najlepsze szosy.

 

 

 

 

 

 

Nasze trasy znajdziecie tutaj:

Teide

Anaga 

Masca

 

 

Artykuł ukazał się w TOUR 1/2018. 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x