Szuter Master Mazowsze czyli single, piaski i wegański fajrant

Kategorie:

Celestynów? Nie znam! Takie mniej więcej było skojarzenie, po znalezieniu miejsca startu i mety mazowieckiej edycji Szuter Mastera. A powinno się zapisać je w szutrowym kajeciku, bo wokół czają się zacne żwirowe drogi. Szczerze mówiąc nie brakuje też piachu, o tym jednak więcej w dalszym ciągu relacji.

Pośrodku zielonej plamy

Centrum Edukacji Leśnej w Celestynowie to w tym momencie słowo, a raczej miejsce magiczne, bo ukryte w środku lasów, stanowiło centrum całego zamieszania. Już dojazd od strony Góry Kalwarii pozwalał się domyśleć tego, co nas czeka. Google zgłupiał, sugerując wbicie się między drzewa, mieliśmy poważne wątpliwości czy dobrze jedziemy wypatrując śladów cywilizacji. Ale tak, rzeczywiście, wszystko się zgadzało, nawet jeśli mapa przypominała jedną wielką zieloną plamę, pozbawioną nawet dróg. Szybkie zapisy – numery 90 i 91, niemal setka chętnych na długi dystans 150 km – odebranie trackerów i drobiazgów z zestawu i już można myśleć o samym wyścigu kolejnego dnia. W piątek, czyli w przeddzień, pojawił się długo oczekiwany track i można było zaznajomić się z jego szczegółami. Finalnie miało nas czekać 152 kilometry i około 500 metrów pionie. Singiel wzdłuż Świdra i wydmy – tyle udało mi się zapamiętać po pierwszym czytaniu opisu. Jeszcze tylko wizyta popołudniowa w kultowej Górze Kawiarni i Maćka Grubiaka, rozkmina jak rower wybrać – tego samego dnia dostaliśmy Diverge Specializeda do testu, a za sobą przywieźliśmy nowego Grizla Canyona – i już można iść spać. Finalnie, po krótkiej przejażdżce, wybór pada na Speca. Ryzykowny wybór, rower nieznany, ale amortyzacja przodu kusi! Także rama w rozmiarze S jest minimalnie krótsza i lepiej dopasowana niż Ska Grizla.

G Day (powiedzmy od gravel)

Na starcie stawiamy się punktualnie, czyli 20 minut przed 8. Tak jak my czeka już kilkadziesiąt osób. Kasia patrzy uważnie na konkurentki, na liście są cztery dziewczyny, ja zastanawiam się, czy nogi bolą mnie ze strachu czy ciągle czuję zmęczenie po podróży. Jeszcze tylko odprawa techniczna – znów obietnica, że piachu jest niewiele (nie wierzę) – i ruszamy! Wszystko przebiega zadziwiająco sprawnie do tego momentu, nawet jeśli start wspólny to pewna nerwówka. Dwa tygodnie wcześniej w Gravel Manie wyruszaliśmy piątkami, było spokojniej. Po starcie stawka rozciąga się błyskawicznie. Ekipa z DT4You, czyli faworyci, gdzieś tam na czele podkręca tempo, my też wchodzimy na obroty. Trudno równo pedałować, szuter jest dziurawy, trzeba ciągle omijać dziury. Dopadamy do pierwszego asfaltu, potem kolejnego, znów szutry, jakieś ścieżki. Nie ma czasu na zwiedzanie, zmienia się miejscami kilkanaście osób. Gdy tylko robi się równiej Kasia wychodzi na czoło i prowadzi grupę – jest naprawdę szybko. W tym tempie dojeżdżamy do pierwszych dużych piachów. Niby da się coś ominąć bokiem, czasami coś pojechać, ale kilkaset metrów rwie mały peleton. Część nam ucieka, część zostaje za nami. Ta sama sytuacja będzie powtarzać się wielokrotnie. Bywalcy Mazowsza radzą sobie na piaskach lepiej, pozostali niekoniecznie. Robimy swoje, każdy ma te same warunki.

Kilometry lecą, nie wiadomo dlaczego jest jakby lżej niż na Gravel Manie, przynajmniej w moim przypadku, do bufetu na 55 km docieramy bez problemów. To miłe, nawet jeśli zaraz za nim zaczynają się kolejne piachy. Na pocieszenie dostajemy jednak też fragmenty reprezentacyjnych, pięknych szutrów, tak że zaczynam się zastanawiać, jak się w ogóle takie w Polsce w takiej ilości uchowały. Nazwy miejscowości nic mi nie mówią, zahaczamy resztą o nie z rzadka. To częściej domy i domki gdzieś w lesie. Czasami letniskowe dacze, niekiedy chałupki kryte papą. Urocze. Jeszcze więcej jest krzyży i przydrożnych kapliczek. Odpoczynek na asfalcie pozwala mi pomyśleć, że w końcu robi mi się cieplej. Bałem się o kolano, nie lubi chłodu, a startowaliśmy przy +12 stopniach. Odmiana w końcu następuje gdy dojeżdżamy do rzeki.

To musi być Świder i single! Przez kilka kilometrów bawimy się i odpoczywamy. Tempo spadło, za to wzrósł poziom adrenaliny. Niepostrzeżenie robi się z tego setny kilometr i witamy drugi bufet. To już? Żelki w kieszeń, do bidonów izo i lecimy dalej. Dawno gdzieś z tyłu mignęły inne dziewczyny, jedzie się spokojniej, powinno być zwycięstwo wśród pań. Końcówka to jakiś bunkier po prawej i znów piach. Wpadamy na metę. I dopadamy kuchni. Okolicznościowe piwo i pyszne wegańskie jedzenie! Zanim jedziemy się przebrać pytamy o wynik Kasi. Druga. Co? Jakaś Zuzanna była godzinę szybsza? Jak to możliwe?

Gdy wracamy po godzinie okazuje się, że… doszło do pomyłki. Organizatorzy ładnie przepraszają! Dojechaliśmy więc nie tylko do mety, jest i zwycięstwo. A potem szampan, nagrody, wywiady dla prasy, wizyty w zakładach pracy 😉 Prawie! Było za to znów świetne jedzenie, inspirujące rozmowy i oczywiście dekoracje!

PS Na temat Specializeda Diverge będzie oddzielny, większy wpis. Na razie będzie dwa tygodnie z nami, a potem kombinujemy, jak sprawić, by został z nami na dłużej.

Więcej na temat imprezy znajdziecie na szutermaster.pl

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu:
Zdjęcia:
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x