Raport: MTB vs. Gravel czyli eksperyment na Javorovym

Kategorie:

Choć rowery gravelowe obecne są na rynku od dobrych kilku lat i zdołały już całkiem dobrze ugruntować swoją pozycję, przez sporą grupę kolarzy wciąż są traktowane jak wymysł marketingowca. Gdziekolwiek nie pojawiłaby się dyskusja na temat szutrówek, tam zawsze znajdzie się komentarz, że przecież na lekkim rowerze MTB byłoby zdecydowanie lepiej i wygodniej. Pytanie tylko, czy lepiej i wygodniej jest zawsze tym, na czym zależy nam najbardziej? Czy dla każdego „lepiej i wygodniej” oznacza to samo?
Nas do graveli nie trzeba przekonywać. Co więcej, każdy ma taki rower w swojej „stajni”. Postanowiliśmy jednak przeprowadzić eksperyment. Wyznaczyliśmy szutrowo-terenową pętlę w Beskidzie Śląsko-Morawskim u naszych południowych sąsiadów i do auta spakowaliśmy jednego gravela Giant Revolt i dwa lekkie, sportowe fulle Liv Pique liczące 100 mm skoku z tyłu i z przodu. 

 

Który rower okazał się lepszy? Wielu pewnie już się domyśla, że każdy. W założeniu planowaliśmy przejechać 50 km, w praktyce wyszło jak zawsze, czyli 35 km plus 1000 zdjęć na kartach aparatów. No cóż, jesienna jazda to przecież okazja do chwili zwolnienia i zapomnienia.

 

 

 

 

Beskid Śląsko-Morawski

 

Do tej pory okolice Javorovego kojarzyły mi się głównie ze ścieżkami enduro. To tam organizowaliśmy wspólnie kobiecą „ustawkę” Girls Shred. Trasy na Javorovym to jedne z moich ulubionych. Są wymagające, ale jednocześnie bardzo płynne i rytmiczne. Znakomicie wykorzystują ukształtowanie terenu i prowadzą przy tym przez bardzo malownicze fragmenty lasu bukowego i gęste świerkowe zagajniki. Dopełnieniem są widoki rozciągające się ze szczytu Małego Javorovego. Beskid Śląsko-Morawski, w którym leży Javorovy, ma też jednak swoje drugie oblicze, nieco łagodniejsze i bardziej przystępne dla rowerzystów mniej ekstremalnych. Gdy odpalicie aplikację mapy.cz lub sięgniecie po tradycyjną mapę, zobaczycie liczną sieć szutrowych i leśnych ścieżek pokrywających zbocza tutejszych gór. Wieloma z nich, jak to w Czechach, poprowadzone są oficjalne cyklotrasy. Idealne miejsce na rozegranie pojedynku gravel vs. mtb. 

 

 

 

 

Śnieg na Javorovym

 

Pojedynek zaczynamy na parkingu w miejscowości Tyra, w okolicy Trzyńca. Z Katowic dojechać można tam w półtorej godziny, z przerwą na wegańskiego burgera na Orlenie w Cieszynie. Jesienią, gdy dzień krótki, taki szybki dojazd na miejsce startu to niewątpliwy atut. Wypakowujemy rowery i rozgrywamy ekspresową rundę „Kamień, papier, nożyce”. Kto jedzie na gravelu? Pada na redaktora naczelnego. Jeszcze nie wiemy, czy to nagroda, czy może jednak kara…

 

Pierwsze pięć kilometrów trasy prowadzi całkiem przyjemnym podjazdem, na którym zdobywamy około 400 metrów przewyższenia. Asfaltowa nawierzchnia, trochę podziurawiona, średnie nachylenie 8-9%. Podjazd wydaje się być idealny na gravela. Niestety, momentami przystromienia dochodzą do 16-17%, wtedy kadencja Grzegorza staje się mało optymalna, a jego mina mówi sama za siebie. Oj, przydałaby się mniejsza koronka na korbie albo nawet dwa blaty i przednia przerzutka. Punkt dla przeciwników napędów 1x. Na szczęście jesień w górach właśnie wybuchła kolorami i co chwilę zatrzymujemy się na jakieś zdjęcia. Jest chwila na złapanie oddechu i wymianę spostrzeżeń. Rower gravelowy podjeżdża żwawiej i szybciej niż nasze fulle, ale przełożenia są mało przyjazne dla kolan. Potrzebna byłaby zmiana przedniej tarczy na mniejszą. Można powiedzieć, że jest 1:1.

 

 

 

Mały Javorovy z charakterystyczną wieżą przekaźnikową na czubku to jedna z tych gór, na których zawsze wieje. Raz mniej, raz bardziej, ale zawsze. Nie bez przyczyny tuż obok budynku schroniska znajduje się startowisko dla glajciarzy. Latem paralotniarze stanowią zdecydowaną większość przybywających na Javorovy turystów. Zdarza się, że w słoneczny weekend nie ma miejsca na rozłożenie glajta. Dziś na startowisku nie ma żadnego śmiałka, porywy wiatru sięgają momentami 50-60 km/h. Na dodatek schronisko zamknięte w związku z obostrzeniami związanymi z pandemią. Zawiedzeni brakiem Kofoli szybko ewakuujemy się ze szczytu i niebieskim szlakiem pieszym podjeżdżamy na Javorovy „właściwy”. Do pokonania mamy jeszcze 100 metrów podjazdu w pionie, gdy nagle na ścieżce pojawiają się łaty śniegu. Wszyscy doznajemy pewnego dysonansu poznawczego. Jeszcze 50 metrów niżej dopiero co zaczęła się jesień, a tu mamy już przedwiośnie z roztopami. 

 

Na śniegu żaden rower nie radzi sobie dobrze. Momentami gravel wygrywa, bo cienką oponką wgryza się głęboko w śnieg i docierając do stabilnego podłoża, łapie przyczepność. Również w wąskich topniejących koleinach łatwiej manewruje się gravelem. Gdy jednak przychodzi moment zjazdu, znów na prowadzenie wychodzą fulle. Zjazd z Javorovego nie jest trudny, ale na gravelu wymaga już skupienia i zdecydowanego chwytu. Są momenty z większymi, luźnymi kamieniami, jest przez chwilę stromo, a gdzieniegdzie ślisko. Na Grzegorzu nie robi to jednak większego wrażenia. Nie licząc nieco zgrzanych tarcz hamulcowych, rower gravelowy z tej potyczki wychodzi bez szwanku. Najlepszym potwierdzeniem możliwości gravela jest jednak zdziwienie Kasi, która niemal na równi zjeżdżając z Grzegorzem, już na dole stwierdza – nie miała pojęcia, że da się tak jeździć na gravelu! 

 

 

Kofola nie tym razem

 

Po emocjonującym zjeździe przychodzi pora na uzupełnienie energii i straconych w wyniku dość niskiej temperatury kalorii. Zamknięte schroniska trochę pomieszały nam plany. Liczyliśmy na kufel Kofoli zagryzany kokosową Studencką. Niestety, tym razem musimy obejść się smakiem. Pozostaje suchy prowiant. Krówki, żelki i batoniki energetyczne na szczęście dają radę i po chwili odpoczynku dalej trawersujemy północne zbocza Ropic, Wielkiego Lipowego i Przysłopu. Gdy docieramy do Chaty Turystycznej Ropicka, zarządzamy krótką naradę. Trzeba oszacować możliwości i czas, jaki pozostał nam do zachodu słońca. Mamy oczywiście ze sobą lampki i lubimy jeździć po ciemku, ale dziś postanawiamy skrócić trasę. Pierwotny plan był taki, by zjechać do Morawki i potem wspiąć się na Babi Wierch i Kałużny. Modyfikacja zakłada zjazd do Reki i powrót pod Mały Javorovy przez Gutskie Sedlo. Na szutrówce prowadzącej do Reki wyznaczona jest cyklotrasa. Gdy na nią wskakujemy, znów potwierdza się opracowana na potrzeby tego artykułu teoria, że czeskie ścieżki rowerowe stworzone zostały specjalnie pod rowery gravelowe. Do tego cudnie mieniący się w słońcu bukowy las. Jest idealnie.

 

 

 

 

Enduro wspominki

 

Jeśli będziecie kiedyś przejeżdżać przez Rekę, koniecznie wpadnijcie do Pizzerii u Martina. Jadąc główną drogą, nie sposób ją minąć, a jest świetnym miejscem na chwilę odpoczynku przed czekającym podjazdem. Nam, niestety, gdy ją mijamy, przypomina o covidovej rzeczywistości, o której zupełnie zapomnieliśmy w górach. Pizzeria jest oczywiście zamknięta, więc nasze nadzieje na szybką kawę i ciacho roztrzaskują się o brutalną rzeczywistość. Nic to, jedziemy dalej, znów uzupełniając energię podręcznymi słodkościami. Leniwie młynkując, powoli nabieramy wysokości. Szerokie szutrowe dukty nie mają dużego nachylenia, dzięki czemu sami decydujemy o intensywności, z jaką jedziemy. Na lekkim fullu ze 100 mm skoku podjazd wydaje się całkiem przyjemny. Nie ma porównania do podjazdu robionego cięższą o dwa kilogramy endurówką ze 160 mm amortyzatorem. Grzegorzowi na gravelu jest jeszcze lepiej. Zdecydowanie bardziej podjazdowa pozycja i jeszcze niższa waga robią robotę. Po tej części zbocza Małego Javorowego szutry są klasy pierwszej, brak amortyzacji w gravelu jest praktycznie nieodczuwalny. Przejeżdżamy pod wyciągiem, który, ku naszemu zdziwieniu, jest czynny i wywozi nielicznych turystów na górę. Przez chwilę w głowie majaczy pomysł, czy może by nie spróbować zjechać sobie jedną z tras enduro na naszych wylajtowanych rowerkach. Ostatecznie stwierdzamy, że to byłby już chyba przerost formy nad treścią. Pewnie by się dało jakoś to ogarnąć, tylko po co? Takie zabawy zostawmy Chrisowi Akriggowi.

 

 

 

 

 

W stronę zachodzącego słońca

 

Zjazd szutrowym trawersem pod wyciągiem i dalej do doliny Tyry jest w zasadzie końcem naszej wycieczki. Mamy szczęście, trafiliśmy na złotą godzinę i słońce zaczęło pięknie malować obrazy. Zatrzymujemy się więc jeszcze chwilę, by zrobić kilka zdjęć ze zjawiskowym widokiem na przeciwległe szczyty Ostrego i Vielkiego Kozińca, a potem gravelową autostradą zjeżdżamy do Tyry na parking. Podczas rozmowy w samochodzie wszyscy zgodnie stwierdzamy, że gravele to jednak nie tylko marketing. W górach na trasie, która w większości składa się z dobrej jakości szutrów, dziurawych asfaltów i kilku kamienistych ścieżek, rower mtb daje wygodę i komfort, ale sprawia, że momentami bywa faktycznie nudno. Gravel wymaga skupienia, większego zaangażowania i koncentracji na ścieżce. Wymaga większej pracy ciała i mimo iż jest lżejszy, czyli łatwiej podjeżdża, na koniec dnia możemy być zdecydowanie bardziej zmęczeni niż na rowerze MTB. Tu warto zadać sobie pytanie, czego właściwie oczekujemy od roweru szutrowego? Urozmaicenia na trasach, które dla zwykłego mtb są zwyczajnie nudne? Czy może faktycznie cenimy sobie komfort i wygodę, i nie mamy ochoty męczyć się na trudniejszych fragmentach tras, więc w góry zabieramy górala, a gravel służy nam w większości do jazdy po asfalcie z krótkimi terenowymi epizodami. 

 

 

 

 

Wniosek?

 

Tu nie ma jednego słusznego wyboru. Ilu rowerzystów, tyle różnych potrzeb, ile rodzajów graveli, tyle możliwości. Najważniejsze jest, by ostatecznie mieć z tego frajdę i do niczego się nie zmuszać. Choć o tym chyba nie musimy już pisać. 

 

 

A może jednak gravel?

 

KATARZYNĘ PUŻNIAK czestniczkę naszej wyprawy, zapytaliśmy o jej wrażenia z pierwszego bliższego spotkania z gravelem.

Ostatnio bardzo głośno zrobiło się wokół odmiany gatunkowej rowerów, których nazwa jakoś specjalnie mnie nie zachęcała. Od pewnego czasu temat zaczął mnie jednak interesować. Poczytałam, pooglądałam i… wciąż mnie to nie zachęcało. Wąska kierownica, opony jakieś cienkie, sprawiają wrażenie, jakby nadawały się jedynie do jazdy po asfalcie i nieskazitelnym szutrze. Osobiście nigdy nie jeździłam na gravelu, ale miałam okazję zobaczyć, jak radzi sobie w nieco cięż szych, górskich warunkach. Po przejechaniu 40 kilometrów śląsko-morawskich szlaków, które nie są tylko idealnym szutrem przeplatanym asfaltem, jestem w ciężkim szoku i pełna podziwu.

 

Jechaliśmy po błocie, śniegu i po kamieniach, były też zjazdy, na których bardziej musiałam się skupiać, jadąc na MTB. Gravel radził sobie równie dobrze! Myślę, że to także kwestia wprawy i umiejętności Grzegorza. Po tym wyjeździe wiem, że prędzej czy póź niej gravel stanie obok mojego MTB.

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Dorota Juranek / Mamba on Bike
Zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x