Morawy. Zimowy bikepacking.

Kategorie:

Michał Góźdź
Michał Góźdźhttp://www.etnh.cc
Naczelny redaktor gravelowego magazynu ETNH. Brzmi poważnie! Od 20 lat inspiruje do podróżowania po górach. Inicjator polskiej sceny enduro, obecnie pasjonat graveli, wyścigów ultra i bikepackingu. Stale trzymający rękę na pulsie aktualnych trendów.
spot_img

„Restaurace u Waldů” po wyszukaniu na Google Maps ma 4,5 gwiazdki. Prawie 200 pozytywnych opinii. W pozostawionym dwa lata temu komentarzu, Kasia Szopa zachwala (pisownia oryginalna) „rewelacyjne haluszki, wątróbkę, kotlet ziemniaczany z kurczakiem i zupę czosnkową. Do tego na deser pierożki z powidłami śliwkowymi i makiem.” Część jadalna tego przybytku wygląda jak skrzyżowanie poczty polskiej (asortyment) z pokojem nowobogackiej nastolatki z PRL (wystrój). Za symbolicznym szynkwasem z fornirowanej na buk płyty MDF, uśmiechem wita nas gospodarz. Łapie odruchowo wajchę nalewaka z logiem browaru Hostan – Znojemsky Mestsky Pivovar. W Czechach bez zmian. Jesteśmy w niebie.

Morawy. Ahhhh Morawy!

Niezwykle malownicze Morawy zwane są „Słowiańską Toskanią”… pominę te okrągłe slogany rodem z przewodników. Każdy, przecież wie, że Morawy, to eleganckie miasta, bogata historia, sporo zabytków UNESCO, najlepsze winnice i potężna sieć ścieżek rowerowych. Wszystko jest ładne, estetyczne, zadbane i bliżej temu do austriackich jurysdykcji, niż słowiańskiej bylejakości. Zresztą zobaczcie sami na mapę. Pogranicze Czech i Austrii, aż prosi się o poważny bikepacking w sezonie. Ciepłe noce, kwitnące winorośle i przebogata oferta zadbanych gravelowo-asfaltowych tras.

Żródło: https://www.vinarske.stezky.cz/

Ta trasa i jej opis, to hamburger, gotowiec jaki można powtórzyć przed rozpoczęciem sezonu. Trasa jest całkowicie błotoodporna, jeśli ominiecie piesze odcinki Parku Narodowego Dyji (Podyje), będącego ostatnim dzikim kanionem Europy Środkowej, może ją pokonać każdy w miarę wprawiony rowerzysta, bez obaw o gravelowe tarapaty. Wyzwaniem była zima. 370 kilometrów na koniec lutego. Brzmiało ambitnie.

Koncepcja podróży, to luźna wariacja, łączącą 3 kluczowe miasta Moraw – Brno, Mikulov i Znojmo. Śmiało przeskakuje pomiędzy poszczególnymi ścieżkami, świadomie pomijając część atrakcji niedostępnych zimą (degustacje w winnicach). Część trasy, to transferowe odcinki drogami o niewielkim, lub zerowym ruchu samochodowym – o takie nietrudno w tamtych okolicach.

Brno, czyli „czeski Manchester”

Piątek. Poranne godziny szczytu. Pokonujemy sprawnie tętniące życiem miasto, ruchliwe ulice, przecinane zupełnie uśpionymi przecznicami. Zbyt rozkojarzeni, czujemy jeszcze czwartkowy wieczór. Nie grozi nam nic złego. Brno daje świadectwo prawdziwie europejskiego miasta. Kierowcy samochodów i komunikacji miejskiej, piesi, wszyscy współpracują na rzecz bezpiecznego przemieszczania się w porannym zgiełki. Jeśli, ktoś używa klaksonu, to po to aby ostrzec cię o swojej obecności, a nie wymusić ucieczkę na pobocze. Z ulgą jednak wyrywamy się z miasta, aby rozpocząć festiwal morawskich landszaftów. Szarobrunatne, zaorane pola, nieśmiale kontrastują z wypłowiałym od zimy horyzontem winnic.

Pierwszego dnia ambitnie. Ładujemy 150km solidnej gravelowej podróży. 2000 metrów podjazdów. Większość, to zadbane gravelowe drogi wśród pól, lub leśne, wąskie nitki asfaltu wyłączone z ruchu drogowego. Euforycznie pędzimy przed siebie, sami zaskoczeni trochę średnią z jazdy powyżej 20km/h. Da się, choć zimno.

Kulminacja pierwszego dnia następuje równo z zachodem słońca. Do Pálavy, bo o niej mowa docieramy na spektakl, kiedy czerwona kula słońca chowa się w jeziorze zaporowym rzeki Dyji, potężnym Zalewie Nowomłyńskim (Novomlýnski nádrž).  

Od nienaturalnie podświetlonego horyzontu odcinają się Pawlowskie Wzgórza (Pavlovske vrchy), zbudowane z wapieni wyniesionych w górę w fałdowaniu alpejskim. By przekonać się o jej atrakcyjności okolicy wystarczy spojrzeć na mapę fizyczną – wzgórza w kilku miejscach o kilkaset metrów wyrastają ponad okoliczną równinę, co sprawia że stają się wspaniałym punktem widokowym, jak i same są wdzięcznym obiektem do obserwacji. Zjeżdżamy krętą drogą wśród równych rzędów winorośli, w ostatkach jasnego przecinamy groblą zalew i już w całkowitych ciemnościach rozpoczynamy wspinaczkę do Klentnic. Urocze miasteczko ukryte w samym środku Chronionego Parku Krajobrazowego Pálava, równie dobrze mogłoby być miejscem gdzie zostaje się na noc. Ciepłe światło sączące się z okiem i gwar vinotek, zachęca do pozostania. My konsekwentnie, przemy do Mikulova, który kasuje wszystko co widzieliśmy pierwszego dnia. Tak pięknie.

Jako, że na wstępie pisałem o hamburgerze. Gotowej, fastfoodowej relacji możliwej do powtórzenia, bez zbędnej rozkminy na wiosnę, podaję miejsca gdzie jedliśmy i spaliśmy – możecie potraktować, to jako rekomendację, lub poszperać sami. I tak pierwszego dnia:

  1. Na 90 kilometrze, czeka na was fantastyczna restauracja w Bukovańskim Młynie. Polecamy szczególnie Wróbla morawskiego z kapustą cebulową i knedlami (Moravský vrabec s cibulovým zelím a naším bramborovým knedlíkem) – dżem z cebuli, nazwany tu kapustą, długo nie pozwolił o sobie zapomnieć.
  2. W samym Mikulovie, słynącym w fantastycznych knajp i restauracji, polecamy mordownie Alfa przy rynku, gdzie lepiej pozostać przy piwie i gorzale na kolację.
  3. Spaliśmy natomiast w hotelu MikulovINN, którego cechą szczególną, jest połączenie ze sklepem z winami (you know what I mean!).

Czesko-austriackie pogranicze… w winie.

Znakiem charakterystycznym drugiego dnia podróży, będzie wzmagający się wiatr. Skutecznie będzie odbierał nam siły i poczucie komfortu termicznego. Przeskakujemy kilkukrotnie przez granicę czesko-austriacką, obłędnie proste odcinki pomiędzy polami urozmaicają nam tylko zające. Ludzi brak. Pogoda psuje się na dobre. Do wiejącego już momentami siłą wichury wiatru, dołączają sinobure chmury. Utknęliśmy na dobre w kilometrach austriackich winnic i pierwsze 80 kilometrów ciągnie się w nieskończoność.

Momentem zwrotnym tego dnia, będzie dotarcie do opisanej we wstępie „Restaurace u Waldů”. Šatov od celu podróży – Znojmo, dzieli w linii prostej niecałe 10 kilometrów. My jednak potrzebujemy nabrać sił (i zreperować morale), bo czeka nas przeprawa przez piesze szlaki Parku Narodowego Podyje. Sam park jest jednym z 4 parków narodowych w Czechach. Zdecydowanie najdzikszym. Graniczy z austriackim Parkiem Narodowym Doliny Dyi (Nationalpark Thayatal). Pomimo swych niewielkich rozmiarów jest uważany za jeden z cenniejszych parków w tej części Europy. „Żelazna kurtyna” spowodowała, że rejon ten był długo niedostępny, a co za tym idzie przyroda zachowała się w doskonałej formie. Gęsto zalesione lasy, meandrująca Dyja i chroniący ją skalisty kanion.

Jeśli przyjdzie wam do głowy powtarzanie trasy 1:1, to Park Narodowy Podyje jest zdecydowanie najtrudniejszym, najbardziej technicznym i niebezpiecznym odcinkiem. Polecam rozważyć wyznaczenie alternatywnej trasy, aby ominąć te gravelowe tarapaty.

Szczególnie jeśli uczestnikami wycieczki będą mniej wprawione osoby. My bawimy się świetnie. Czasem jedziemy, czasem nosimy na plecach. Przygoda.

Metryczka dnia 2:

  1. Przed wjazdem do Parku Narodowego Podyje w miejscowości Satov, czeka na was wspomniany na wstępie przybytek – Restaurace u Waldu. Koniecznie, flaczki, bo przynoszone są z innego pomieszczenia, niż kuchnia i reszta potraw (!!!).
  2. Aby odpocząć od czeskiej kuchni, możecie w samym Znojmo uderzać do GastroBar23. Zacnie tuż przy Placu Masaryka.
  3. Spanko w premium Hotelu Mariel – są wielkie TV na których można suszyć ciuszki, do tego można się zakochać w hotelowym barze (UWAGA!!!).

Znojmo vidím tě dvojmo

Znojmo ma wyraźnie oddzieloną starą część miasta, sięgającą początków XI wieku. Ciasno powykręcane uliczki i stromo opadające zbocza zabudowane obronnymi murami. W czasach średniowiecznych Znojmo tworzyło, wraz z Brnem i Ołomuńcem, trzy najważniejsze miasta na Morawach. Stara część mocno kontrastuję z rozwleczoną, aż na przedmieścia nową zabudową. Jest trochę moderny, blokowisk. W pierwszym kontakcie, nie zachwyciła nas atmosfera dużego miasta. Wszystko zmienia się rano, po jasnemu. Buszujemy po gravelowych tarasach kościoła św. Mikołaja i przylegającej doń kaplicy św. Wacława. Na szczęście jest rano i nikt nie przegania nas stamtąd, choć do końca nie wiemy, czy jazda na rowerze jest zgodna z prawem.

370 kilometrów w lutym, to nie jest prosta sprawa. Temperatura i wiatr mocno daje się we znaki. Nie ma w tym jeszcze męczeństwa, ale balansujemy na granicy dobrej zabawy. W Moravským Krumlovie na zamku jest festyn. Czesi umią w zabawę na mrozie. Będzie ze 4 stopnie, jak zaświeci słońce. Wszyscy piją, jedzą i bawią się, a my wyglądamy trochę dziwnie puchówkach. Na finał, zostaje nam 55 kilometrów. Morawy znowu mrugają do nas porozumiewawczo. Hej, jesteście w gravelowym raju i im bliżej Brna, tym bardziej utwierdzamy się w tym przekonaniu.

Trasa (by Łukasz Tawkin), podzielona na 3 odcinki (łącznie 371km, 3,970m up):


Na koniec jeszcze mały bikecheck, czyli czym było jechane

Czytaj dalej

Podobne artykułu