MIKROWYPRAWA: UCIECZKA Z WYSPY UZNAM

Kategorie:

Krok w przeszłość

 

Nie inaczej jest teraz, gdy ledwie ruszam się po całym dniu w siodle. W rękach trzymam egzemplarz wydany w latach 70. Paweł zrobił mi niespodziankę, wynajdując książkę w sieci. Z dumą wręczył mi ją poprzedniego dnia wieczorem. Tak, była taka sama, a ja byłem na TEJ (!) wyspie. Nasz cel był zaś nieprzypadkowy, chcieliśmy dojechać do Peenemünde, czyli ośrodka badawczego z czasów II Wojny Światowej, gdzie powstawały rakiety V1 i V2 pod kierunkiem Wernhera von Brauna, później ojca amerykańskiego programu kosmicznego. Z wypiekami na twarzy znów czytam fragmenty, jak Diewiatajew dostał się do niewoli, potem przerzucam kartki i trafiam na opis ucieczki. Widać, że więcej osób wracało do tego miejsca, książka otwiera się sama. Muzeum Historyczno‑Techniczne Peenemünde, które dziś widzieliśmy, mieści się w starej elektrowni, zasilającej dawne tajne zakłady. Robi mi się dziwnie…

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

Na Stravie widzę segment „Zum Flughafen Peenemünde” (do lotniska Peenemünde) i nagle zaczynam sobie wyobrażać, jak mogła wyglądać ta okolica kilkadziesiąt lat temu, widziana oczami jeńca.

 

ŚWINOUJŚCIE

 

Nasz start znajdował się w Świnoujściu, które ostatnio widziałem w ubiegłym wieku. Pamiętałem jak przez mgłę prom i z zupełnie nieznanego powodu wyobrażałem sobie, że to rybacka wioska. Gdy w przeddzień jazdy docierałem do hotelu (Hampton by Hilton, nowy, czysty, dobre jedzenie) powitały mnie blokowiska godne Śląska. Prom na szczęście był, pracujący cicho, jeden z dwóch, które tu kursują. Ten w centrum przeznaczony jest tylko dla mieszkańców, ja byłem turystą, więc załapałem się na drugi. W drugiej połowie listopada nie robiło to żadnej różnicy. Zarówno prom, miasto, jak i hotel były puste. Wszechobecne banery Zigaretten i inne napisy po niemiecku przypominały, skąd przybywają turyści, swoim sflaczeniem sugerowały, że high season zdecydowanie minął.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

PORANNA ATRAPENRUNDA

 

Rano, po szybkim złożeniu sprzętu, zrobiliśmy rundkę po mieście. Liczyłem na to, że wspomnienia odżyją. Po obejrzeniu wozów desantowych, atrap rakiet i kolejnych banerów bez żalu wróciliśmy na wyznaczony ślad, zostawiając miasto za sobą. Nie tego typu atrakcji szukaliśmy. Granica Niemiec oznaczała w moim przypadku zdziwienie, pomyliłem ją z dworcem PKS. Ścieżka rowerowa przecina ją płynnie i wypada na asfalt, zaraz potem zmienia się język na tablicach i szyfr ograniczeń dotyczących kierowców po polskiej stronie zastępuje niemiecka logika i trzy ograniczenia. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami, porównując te same zestawy po obu stronach. W tym momencie przypominam sobie, że musiałem przecież przekraczać kiedyś tę granicę z rodzicami, w ramach pierwszych nadmorskich wakacji. To był wypad z Międzyzdrojów. Podobno w pociągu mówiłem wówczas niemieckim turystkom, że chciałbym je powystrzelać… Dumne dziecko Czterech Pancernych.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

NA ZACHÓD

 

Wjeżdżamy w teren i śmiejemy się, że fajne te… górale. Na zwykłych szosówkach taka trasa byłaby bez sensu, a tak, po mokrych liściach, wdrapujemy się na najwyższą „górę” Wyspy Uznam. Golm liczy trochę ponad 50 m n.p.m. Dalej lecimy szutrami. Krajobraz przypomina Kaszuby. Mijamy miejsca po jeziorkach, jeziorka i podmokłe łąki. Patrzę na ekran GPS‑u i zaczynam przeliczać. 104 kilometry? W życiu! Po pierwszej godzinie mamy średnią w okolicach 10 km/h, a ciemno robi się przecież około 16. Wyruszyliśmy przed 10, co daje około trzech godzin jazdy po ciemku. To nie może się udać. Nigdy stąd nie uciekniemy. Gdy zatrzymujemy się na chwilę, nasze telefony nie mają zasięgu. Mijamy jezioro z kikutami martwych drzew wystającymi z dna. Ciemne chmury wiszą nisko nad głowami.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

W STRONĘ MORZA

 

Wreszcie jest! Miejscowość. Wszystko nieczynne, ale droga zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Większość dachów pokryta jest luksusową strzechą, zieloną od wilgoci. Górki nagle nikną, my gwałtownie przyspieszamy. Może nam się jeszcze udać. Kolejne kilometry mijają błyskawicznie, a mało przejrzyste powietrze sprawia, że każdą wodę biorę za morze, nawet jeśli wiem, że nie może być z tej strony. Asfalt przechodzi w wał i ścieżkę, potem jedziemy fragmentami plaży, znów wałów. Dziękuję za to, że rower ma czym tłumić, momentami nawet chciałbym mieć górala. Jesteśmy sami na szlaku. Z drzew podrywają się wielkie ptaki, na czystych parkingach odpoczywają w samochodach romantyczne pary. Nie ma wiatru, co nam sprzyja. Jedziemy w kierunku morza, które już bardzo chcę zobaczyć.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

ZMIANA PLANÓW

 

Mijamy kolejne miejscowości o obco brzmiących nazwach w stylu Ostseebad Heringsdorf czy Benz (gdzie mieści się pensjonat… Mercedes, serio). Czas płynie nieubłaganie. Od początku zakładaliśmy, że plan w razie potrzeby możemy zmienić, więc porzucamy ślad w Luttenort i po prostu idziemy nad morze. W tym miejscu wyspa jest tak wąska, że ledwie mieści tory, asfaltową drogę i ścieżkę rowerową niemal tej samej szerokości, oraz… plażę. Jest piękna, nie widać końca po żadnej ze stron. Robimy mały przystanek, by się naradzić, co dalej. Wzdłuż wody da się nawet kawałkami jechać, ale do Peenemünde mamy jeszcze prawie dwadzieścia kilometrów. Nasza stacja kolejowa mieści się po drodze w Zinnowitz, więc postanawiamy, że pojedziemy „pod prąd” śladem i po osiągnięciu celu zastanowimy się co dalej (w zależności od tego, ile czasu nam zajmie). Zinnowitz, podobnie jak pozostałe miejscowości na wyspie w pobliżu morza, przypomina nasz Sopot, z typowymi dla takich miejsc atrakcjami. Nowoczesne przybytki hotelowe na szczęście są w mniejszości, dominują budynki zabytkowe i udające zabytki oraz coś, co mogło powstać tylko w NRD, bo imponuje rozmachem i siermiężną prostotą. Nawet jeśli traficie tu poza sezonem, z głodu nie umrzecie, podobno kanapka ze śledziem to miejscowy przysmak!

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

OSTATNIA PROSTA Z ZAKRĘTEM

 

Ścieżka rowerowa raz ma postać gruntowej drogi, tuż za wydmami, innym razem szutru przecinającego las, by w końcu przejść w asfalt, najwyraźniej wylany po śladach linii kolejowej. To musiała być linia zaopatrująca tajne zakłady, także te podziemne, nie bez powodu wzdłuż widać dziwne ruiny. Niektóre nawet opisane, np. jako stanowisko startowe rakiet V1. Gdzie indziej straszą stare kanały melioracyjne, kilometrami ciągną się też tablice ostrzegające przed wejściem do lasu. Uwaga, niewybuchy! Żartujemy, że to mogłaby być niezła przykrywka, ale potem sprawdzam, że podczas kilku serii nalotów na Peenemünde spadły tysiące ton bomb. Wciąż tam leżą. Może dlatego przyspieszamy i w końcu dojeżdżamy do celu. A raczej obok niego, bo najpierw odkrywamy port. A tam między innymi radziecki, gigantyczny, okręt podwodny, który w sezonie można zwiedzać. To taka pływająca przybudówka do muzeum techniki.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

SPLOT CZASU

 

Kiedy w końcu docieramy do samego muzeum, zaglądamy tylko do przedsionka, bo jest już za dziesięć szesnasta. Zwiedzanie odkładamy na następny raz. Zza płotu widzę tylko rakietę V2 (albo jej makietę) wycelowaną w niebo i myślę o przedziwnych meandrach historii. Śmiercionośna broń, która zaprowadziła nas w kosmos. Niewolnicza praca jeńców i naukowiec, który z niej korzystał, a później wystrzelił człowieka na księżyc. Granica, która kiedyś dzieliła, a dziś można ją przegapić.  I to, że jeździmy na rowerach Canyona z „dwupłatową” kierownicą, która przywołuje na myśl samolot Red Barona, czyli Manfreda von Richthofena, niemieckiego asa z czasów I Wojny Światowej. Wszystko splotło się w całość u wrót ponurego budynku z napisem Eingang (wejście). To była jedna ze strażnic tutejszego obozu.

 

NA SKRZYDŁACH MROKU

 

Załoga Diewiatajewa uciekała w środku dnia, my staramy się zdążyć przed zmrokiem na pociąg. Mamy lampki, ale moja pada na trzy kilometry przed stacją. Fakt, że wzdłuż wyspy prowadzi linia kolejowa, pozwala na dowolne planowanie trasy. Pociągi są przystosowane do przewozu rowerów, a linia prowadzi z powrotem aż do Świnoujścia. Na mały dworzec w Zinnowitz wpadamy, gdy już jest zupełnie ciemno, na dziesięć minut przed odjazdem kolejnego składu. Jeżdżą co godzinę, ale jesteśmy już zdecydowanie zmęczeni. Z planowanych 104 kilometrów wyszło 90, ale nie mamy wrażenia, że coś nam umknęło, bo plan został wykonany.

 

Mikrowyprawa: Uznam

 

Wyspa zdecydowanie zasługuje na zaplanowanie tu dłuższego pobytu. Samo zwiedzanie muzeum to przynajmniej kilka godzin, a są jeszcze plaże i maleńkie rybackie porty… Proponowaną trasę do ściągnięcia znajdziecie obok. A pociąg w Świnoujściu kończy bieg dosłownie 200 metrów od hotelu, w którym spaliśmy. To idealne rozwiązanie, polecamy z czystym sumieniem.

 

Przeczytaj również:

 

Poradnik: Komoot cz.1 – podstawy Stravy dla turystów

8 marca w Gdansku Dzień Kobiet po przełajowemu! Zapraszamy!

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x