Gravel – Mikroprzygoda w Beskidach. TAM, GDZIE SZOSÓWKI NIE MIAŁY KIEDYŚ WSTĘPU

Kategorie:

 

GRAVEL, PIWO I SCHABOWY W BUŁCE

 

Wieczorem smażę schabowe, bo przecież bułki ze schabowym zawsze bierze się na wycieczki w góry. Tak musi być! Kotlet ma wystawać z pieczywa, by można było ogryźć brzegi, a potem dopiero wgryźć się w całość. Dopiero wtedy góry smakują jak trzeba. To oczywiście zupełnie zbędne, gdy poruszasz się asfaltami przez wsie i miasteczka, tam zawsze znajdzie się sklep czy bar czynny w niedzielę. Zawsze ktoś musi napić się piwa, kupić ziemniaki na obiad, dlatego lokalni przedsiębiorcy dbają o zaopatrzenie. Inaczej ma się sprawa, gdy uderzasz w góry. Do tej pory takie eskapady sprawdzały się tylko na MTB.

Teraz można przejechać sporo asfaltem, wjechać w góry, pokonać kilka przełęczy niedostępnych dla   szosówki i znów wrócić na asfalt. Niech żyją gravele! Trek Crockett jest rasową przełajówką. Mój startował w Mistrzostwach Polski w CX i nie boi się ścigania, ale zupełnie nie przeszkadza mu rola bikepackingowego gravel bike’a. To rower tak uniwersalny, że nawet na swoich 33‑milimetrowych oponach radzi sobie na beskidzkich, kamienistych szlakach bez mrugnięcia okiem. W tym roku przeszedł już prawdziwą szkołę i wygląda na to, że taki sposób użycia zostanie mu przypisany na dłużej.

 

BUCZKOWICE.  PRZEŁĘCZ SALMOPOLSKA

 

Gravel - Mikroprzygoda w Beskidach

 

Ruszamy spokojnie ścieżką rowerową spod szkoły w Buczkowicach. Crockett wyposażony w bikepackingową torbę podsiodłową wiezie kanapki, kurtkę, bluzę i standardowe wyposażenie, które zwykle wozi się w kieszonkach. To wygodne, bo lekka torba nie buja owerem, a kieszonki są puste i jedzie się swobodnie. Najpierw przemieszczamy się ścieżką wzdłuż Żylicy, później główną drogą na Wisłę w kierunku Przełęczy Salmopolskiej. Szczyrk jest tłoczny, właściwie trudno orzec, czy zimą, czy latem ma się gorzej. Zawsze dużo tu ludzi, a droga na Przełęcz nigdy nie jest pusta. Mocno popsuł się też  asfalt, zjazd na szosówce to żadna przyjemność, na gravelu czy przełajówce stan nawierzchni zupełnie jednak nie przeszkadza. Nie zrobimy tu dziś żadnego osobistego rekordu prędkości, ale dzięki temu też nie łapiemy zadyszki i można spokojnie sobie gawędzić, dopóki nie ustawi się za nami kolejka samochodów czekająca na odpowiedni do wyprzedzania moment. Na serpentynach to nigdy nie jest łatwe.

 

Z BIAŁEGO KRZYŻA NA BARANIĄ GÓRĘ

 

Na Białym Krzyżu, jak potocznie mówi się na Przełęcz, robimy przerwę. Jesteśmy już całkiem wysoko, bo aż na 934 metrach nad poziomem morza i do tej pory jechaliśmy tylko asfaltami. Jemy pierwszą z bułek z kotletem, wypijamy po lokalnym piwie i skręcamy na szlak. Szutrowa droga w stronę Malinowa, Malinowskiej Skały i Baraniej Góry jeszcze do niedawna była zamknięta dla rowerów i można było poruszać się po niej tylko nielegalnie. Jakiś czas temu znak zakazu zniknął i dzięki temu powstały zupełnie nowe możliwości. Droga jest równa, szeroka, poprzecinana czasami poprzecznymi odwodnieniami, które wprawny kolarz po prostu przeskoczy, mniej wprawny spokojnie przejedzie. Na MTB ta droga jest szczytem górskiej nudy, na gravelu to zupełnie nowy poziom przygody. Już za chwilę krajobraz robi się beskidzki. Niknie szum drogi, pojawia się zapach żywicy i widok po horyzont. Poza żywicą od czasu do czasu pojawia się słodki owocowy aromat… Poziomki.

 

WISŁA CZARNE I ZAMECZEK

 

Gravel - Mikroprzygoda w Beskidach

 

Jedziemy wciąż szutrową drogą, trochę pod górę, delikatnie, bez hardkorów. Pokonujemy 150 metrów przewyższenia, spotykamy ludzi na góralach, którzy patrzą na nas podejrzliwie, gdy na naszych „szosówkach” wyprzedzamy ich na kamienistej drodze. To naprawdę świetne uczucie. Te rowery są stworzone do takiego terenu, wszelkie obawy o opony, przyczepność, sztywność widelca okazują się zupełnie bezpodstawne. Niskie ciśnienie, dolny chwyt na zjazdach, dobry nastrój i luz w trudnym terenie dają większą frajdę niż najgładszy szosowy zjazd na hiszpańskiej Teneryfie. Jemy poziomki, robimy zdjęcia i zupełnie się nie spieszymy, a jednak kilometry się nabijają. Zjeżdża‑ my do Wisły Czarne i znów wpadamy na asfalt. Stąd wbijamy na klasyczny szosowy podjazd obok Zamku Prezydenckiego. W tej chwili ruch na tej drodze poprowadzony jest wahadłowo. Samochody czekają po obu stronach podjazdu: w Wiśle i na Przełęczy Kubalonka.

 

My ruszamy na czerwonym świetle. W razie spotkania z samochodami z naprzeciwka uciekniemy na brukowane pobocze. Gdybyśmy czekali na zielone światło i tak spotkalibyśmy się z kolumną samochodów z przeciwnego kierunku. Podjazd jest długi i stromy, nie da się pokonać go w kilka minut. Nie da się też pokonać go bez zadyszki, nawet jeśli ma tylko trochę ponad dwa kilometry długości i jego nachylenie nie przekracza lokalnych 12%. W tamtym rejonie podjazd jest osłonięty od słońca. Cały odcinek jedzie się pięknym lasem, a na poszczególnych serpentynach mija modernistyczne budynki Zamku Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Obiekt powstał w latach trzydziestych XX wieku jako dar Śląska i Ślązaków dla ówczesnej głowy państwa – Ignacego Mościckiego. Zasilany już wtedy energią elektryczną miał własne ujęcie wody pitnej, centralne ogrzewanie i własną oczyszczalnię ścieków.

Dziś w kolarskim świecie to miejsce znane jest kibicom z wielu edycji Tour de Pologne, to tutaj, często kilkakrotnie podczas etapu, przejeżdżał peleton. Na asfalcie wciąż pozostają napisy naniesione w przeddzień zmagań.

 

PRZEŁĘCZ KUBALONKA

 

Kubalonka to przełęcz między Wisłą a Istebną. Prowadzą na nią drogi z Wisły Głębiec, Istebnej i Wisły Czarne przez Zameczek, stąd można udać się asfaltem w stronę Stecówki i zjechać jedną z kilku wąskich asfaltowych dróg w stronę Istebnej Zaolzia. Szosówką. To niesamowicie popularna destynacja, od każdej strony asfalty są dobre, nachylenie optymalne, podjazdy wystarczająco długie, by nazwać je podjazdami, a nie pogardliwie „hopkami”. Jeśli masz gravela, ilość możliwości „poradzenia” sobie z Kubalonką dramatycznie wzrasta. Sporo tu w okolicy dróg o nawierzchni dalekiej od szosowego ideału, będących jednak prawie niebem dla żądnych przygody offroadowych wariatów.

 

ZŁOTY GROŃ

 

Gravel - Mikroprzygoda w Beskidach

 

Istebna Zaolzie to część Istebnej usytuowana wzdłuż rzeki Olzy w dolinie między Stecówką a Koniakowem. Tam mieści się ośrodek narciarski Złoty Groń. Zatrzymujemy się na obiad skuszeni sławą placków ziemniaczanych w tutejszej gospodzie. Podawane z wieprzowym gulaszem lub swojską kwaśną śmietaną (ta śmietana ma konsystencję serka Mascarpone i jest wyborna), świeżo zdjęte z patelni, są strasznym „grzechem” przed czekającymi nas podjazdami do Koniakowa, ale, niech tam, hulaj dusza! Jeśli liczyliście na espresso, sorry, my konsumujemy dwie duże „parzone”, siedząc na ogrodowej huśtawce i wierzcie mi, żadne espresso w najlepszej kawiarni w mieście nie da wam tego, co ta kawa! Nigdzie indziej nie pachnie tak lasem, w żadnym innym miejscu lato nie wpycha wam się pod ramię i nigdzie indziej nie macie za sobą zjazdu z Kubalonki wąskim asfaltem między strzelistymi świerkami.

 

KONIAKÓW ZABÓJCA

 

Do Koniakowa z górki jest tylko ze szczytu Ochodzity, jednak Ochodzita jest za Koniakowem i by się tam dostać, trzeba najpierw wybrać jedną z dziesiątek opcji dróg do Koniakowa. Niestety, wszystkie są pod górę. Niestety, każda z nich jest bardziej stroma niż wszystko w okolicy, poza podjazdem z Kamesznicy. Ten podjazd jest rekordzistą! Koniaków jest zabójcą. Tutaj każdy błaga o kompaktową korbę i przynajmniej 30 zębów z tyłu. Moja korba ma tylko jedną zębatkę i na niej muszę sobie poradzić. Mijamy drogowskaz na Tkoczówkę i pniemy się pod górę. Kiedy wypadamy na główną drogę, czeka nas jeszcze kilkaset metrów wspinaczki wzdłuż zbocza Ochodzity w stronę Lalik. Na szczycie odbijamy w prawo i chwilę później spadamy w dół wspomnianą drogą na Kamesznicę. Ku mojemu zaskoczeniu fatalny asfalt, jaki pamiętam, zastąpiła nowiuśka, gładka, czarna nawierzchnia. Ten zjazd zapamiętacie na długo. Jest długi, najpierw stromy, potem łagodniejszy i w niedzielę prawie pusty.

 

WĘGIERSKA GÓRKA I BUNKRY

 

Gravel - Mikroprzygoda w Beskidach

 

Zjazd doprowadza nas do drogi Żywiec – Skalite (SK). Trochę szutrem, trochę asfaltem przebijamy się w stronę Węgierskiej Górki. Tutaj nie ma już stromych podjazdów, raczej delikatne fale. W Węgierskiej Górce „synchronizujemy zegarki” i decydujemy, że mamy jeszcze odpowiednio dużo czasu i sił, by odwiedzić bunkry. Wybudowano je na początku drugiej wojny światowej jako odpowiedź na zajęcie przez Niemców Czechosłowacji. Początkowo drogą na Żabnicę, później wąskim asfaltem w lewo od głównej drogi, delikatnym podjazdem dociera się w okolicę jednego z nich. Bunkier Wyrwidąb znajduje się na szczycie małego wzniesienia nad Węgierską Górką. Zniszczony, podziurawiony, stanowi punkt orientacyjny w terenie. Da się wejść do środka, a stamtąd wdrapać się na „dach”. Mieliśmy ma‑ łych przewodników, którzy nas tego nauczyli, bez nich chyba by się nam nie udało podziwianie okolicy ze szczytu tej żelbetowej budowli.

 

POWRÓT

 

Zjazd w jaskrawym, niskim słońcu, gdy jest się otoczonym górami, to przyjemność sama w sobie. Jaskrawość słońca nie wróży jednak dobrze i wydaje się, że grozi nam burza. Czasem spada kilka kropli deszczu, ale na szczęście udaje nam się umknąć wszelkim nawałnicom. Od bunkrów staczamy się coraz niżej, jeśli pojawiają się podjazdy, tym razem spokojnie można nazwać je „hopkami”. Mijamy kolejne wsie, których nazwy nic mi nie mówią. Nie są to kurorty ani miejscowości wypoczynkowe, zwyczajne wsie, jakich mnóstwo na Podbeskidziu. Domy, kościół, sklepy, warsztat. Od jakiegoś momentu po naszej lewej stronie jak latarnia morska wyznacza nam kierunek Skrzyczne. Potężną górę (najwyższą w Beskidzie Śląskim) wieńczy charakterystyczny maszt anteny. Widok Skrzycznego oznacza, że na powrót zbliżamy się do Szczyrku i nasza wyprawa dobiega końca.

 

CZY WARTO BYŁO SZALEĆ TAK?

 

Jest już wieczór, gdy kończymy naszą wyprawę. Niespełna osiemdziesiąt kilometrów szutrowo‑asfaltowej przygody oznaczało dla nas pokonanie 1700 metrów w pionie. O takie wartości trzeba bardzo intensywnie zabiegać, gdy poruszacie się po samych asfaltach. Fakt, że my trochę zjechaliśmy z bitego traktu i pozwoliliśmy naszym ciuchom i skórze trochę się zakurzyć, mięśniom przepalić, a ramionom popracować na bardziej technicznych zjazdach, sprawił, że satysfakcja z niedzielnej przejażdżki przewyższyła oczekiwania. Jazda gravelem (czy przełajówką) po beskidzkich szutrowych drogach ma w sobie coś więcej niż włóczęga po tamtejszych asfaltach. Ucieczka przed hałasem, zgiełkiem wakacyjnych kurortów, samochodami pozwoliła nam cieszyć się przyrodą. Mogliśmy jeść poziomki, zatrzymując się za każdym razem, gdy poczuliśmy ich zapach, zjeść nasze bułki z kotletem, siedząc na trawie, zamiast konsumować kolejną porcję frytek i oscypków z grilla z żurawiną w tłumie podobnych nam niedzielnych turystów.

 

Gravel - Mikroprzygoda w Beskidach

 

Ta wyprawa, mimo że była bardzo szosowa, miała w sobie tak wiele elementów MTB, że gdyby nie nasze rowery, moglibyśmy opisać ją jako kolarstwo górskie. Rowery jednak sprawiły, że poczuliśmy się prawie jak podróżnicy eksplorujący te góry. Jak austrowęgierscy leśnicy, którzy ponad sto lat temu przemierzali te góry na rowerach, po specjalnie do tego przystosowanych ścieżkach trawersujących zbocza i ciągnących się dziesiątkami kilometrów aż po horyzont. To jednak zupełnie inna historia.

 

Sprawdź trasę przejazdu tutaj.

 

Przeczytaj również:

 

Specialized Roubaix – gen zwycięzcy

Test: Liv Avail Pro 1 – jeden do wszystkiego

Reportaż: Continental – mistrzowie punktu styku

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x