Mierzeja Wiślana czyli na koniec Polski i z powrotem

Kategorie:

Na listę przyszłych wypraw wpisuję następne, licząc, że kiedyś nadarzy się jeszcze okazja, by je wszystkie zaliczyć. Czasami wystarczy zdjęcie, innym razem inspirujący tekst. Tak właśnie było z Mierzeją Wiślaną, zanim usłyszałem o szlaku rowerowym R10.

Odległe wspomnienie dzieciństwa i przeprawy promem przez Wisłę podczas jednej z wypraw nad morze maluchem rodziców zlewa mi się w jedno ze zdecydowanie późniejszymi fotkami instagramerów. To wszystko przykrywa zaś serial o wielkim, nikomu niepotrzebnym przekopie oraz myśl o tłumach na Helu, które w sezonie powodują, że nie da się po nim jeździć rowerem. Po co więc pchać się na kolejny półwysep? Podtrzymując tradycję mniej oczywistych wypadów nad morze (jak w ubiegłym roku na wyspę Uznam), także tym razem odwiedziłem je w listopadzie. Tłumów nie było. Ba, na całej długości naszej trasy spotkaliśmy na rowerach może dwie osoby.

Wystarczy poczekać

Z tymi wyprawami, mniejszymi i większymi, jest tak, że wystarczy poczekać. Kolejny, tym razem dwudniowy, wypad do Trójmiasta zawierał w planie dłuższą jazdę dnia drugiego. Skoro już człowiek jedzie przez całą Polskę (mapy Google’a pokazały mi 624 km), wypada, a nawet należy, możliwości jazdy po mniej znanych ścieżkach wykorzystać do maksimum. Z Darkiem Trybockim umawialiśmy się kilka dni wcześniej, że podeśle propozycje, w ostatniej chwili mieliśmy zdecydować, którą z nich wybrać. Jako pierwsza pojawiła się wizja objechania Jeziora Wdzydzkiego, ale widziałem je już wcześniej (link obok). Żeby było śmieszniej, jechałem swego czasu niemal identyczną trasą, jaką proponował Darek. Najwyraźniej więc to miejscowy przebój. I wówczas błysnęła myśl, pojawiło się magiczne słowo „mierzeja”. Nie trzeba było dodawać niczego więcej.

R10

Jest duża szansa, że nie słyszeliście dotąd o trasie R10. Po polskiej stronie to nowa inwestycja, ale wpisuje się we wstęgę opasującą Morze Bałtyckie. Jak donosi Wikipedia: „Szlak rowerowy R10, Nadmorski Szlak Hanzeatycki, EuroVelo 10 – międzynarodowy okrężny szlak rowerowy sieci EuroVelo przebiegający dookoła basenu Morza Bałtyckiego o łącznej długości 8539 km. Polski odcinek szlaku o długości 588 km przebiega przez tereny województw: zachodniopomorskiego, pomorskiego i warmińsko-mazurskiego.”Odcinek na Mierzei został ukończony zaledwie w 2019 roku, tym samym można go uznać za świeżynkę. Warto wiedzieć, że cała inwestycja na odcinku od Mikoszewa do Piasków i granicy z Rosją kosztowała prawie 11 milionów, z czego 6 dołożyła Unia Europejska. W sumie jest to niemal 50 kilometrów szutrowej autostrady. Określenie dotyczy zresztą bardziej rowerów niż nawierzchni, bo ta jest utwardzona na tyle, że bez problemu przejedzie się ją gravelem, ale też szosówką z odrobinę szerszą oponą. Trochę asfaltu, trochę kostki brukowej, ale i bitych, szybkich dróg leśnych. Całość dobrze oznakowana, tak, że nie jest łatwo się zgubić. Może za wyjątkiem słynnego przekopu („To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom”.). W tym miejscu obecnie zastosowano objazd, trzeba być więc czujnym. Na szczęście jest krótki. Opisany fragment trasy to oczywiście tylko mały fragment szlaku R10. Więcej informacji znajdziecie na pl.wikipedia.org/wiki/Szlak_rowerowy_R10. 

Zimowa jesień

Umówiliśmy się w Mikoszewie, obok przeprawy promowej. Tu standardowo spotyka się ekipa Darka, stąd wyruszali poprzednim razem. Pierwotny plan zakładał, że przejedziemy szlak dwukrotnie. Mikoszewo – Piaski i granica – Mikoszewo, ale został twórczo zmodyfikowany. Po co jeździć dwa razy to samo? Tym bardziej, gdy słońce wisi cały dzień nisko nad horyzontem, a ciemno robi się koło 16. Jeden samochód zostawiliśmy w Mikoszewie, drugim pojechaliśmy do Piasków i stamtąd wystartowaliśmy. Kolejny tego dnia przypadek sprawił, że w Piaskach dołączył do nas Mateusz Chojecki. Widząc na Stravie poprzedniego dnia, że jestem w Trójmieście, napisał, by zaproponować wypad na… Mierzeję! Uwaga na marginesie: gdybyście chcieli powtórzyć nasz wariant z podwózką, należy uwzględnić dojazdy! Droga przez Mierzeję jest jedna, wąska i wyboista. Poza sezonem wszystko jest nieczynne, odpowiednie zaopatrzenie w jedzenie i picie to podstawa. Nawet w sezonie sklepy są nieliczne, a miejscowości tylko trzy. W listopadzie łatwiej będzie trafić na sarny i lisy niż kiosk z napojami. Sklepy rowerowe nie istnieją, tyle, co do możliwości serwisowania sprzętu w razie awarii.

Koniec Polski

Auto zostawiamy w Piaskach (znanych też jako Nowa Karczma) na parkingu, na którym stoi tylko jedno Audi, w którym ktoś ukradł kierunkowskazy. Nie ma nikogo. Do granicy jest stąd tylko kilka kilometrów, jeszcze bliżej niej znajduje się wygodny parking, który wkrótce mijamy. A potem długa prosta i… granica państwa i Unii Europejskiej jednocześnie. Niepozorny szlaban, odpowiednie znaki ostrzegawcze i droga, która ciągnie się dalej, oraz świadomość, że rosyjscy pogranicznicy raczej nie znają się na żartach (choć kusi, by to sprawdzić). Darek wspomina, że do prawdziwej granicy jest jeszcze pas ziemi niczyjej. Zjeżdżamy na plażę, granica schodzi w morze. Po prawej stronie, gdzieś na horyzoncie, błyszczy miasto przyszłości, białe budynki odbijają się w niebie. Śmieję się, że to Kaliningrad, później sprawdzam, że Baltijsk. Jak ta Rosja z daleka ładnie wygląda! Na plaży kilkaset metrów dalej widać sylwetki. Pogranicznicy? Próbujemy jeździć po plaży, jest trudniej niż np. w Trójmieście, gdzie piasek wydaje się twardszy. Ubity przez ludzi? Tu znów nie ma nikogo, jak okiem sięgnąć. 

Kierunek Krynica Morska

Wracamy na szlak, na parkingu dołącza do nas Mateusz. Ja grzecznie siadam obu kolegom na kole, starając się dotrzymać kroku. Prędkość stale przekracza 30 km/h, koledzy nie przerywają pogawędki. Zaczynam podejrzewać, że za ciepło się ubrałem, na wszelki wypadek uprzedzam, że będziemy zatrzymywać się co jakiś czas, by robić zdjęcia. Przestaję się dziwić, że Darek wspominał, iż trasa w tę i z powrotem zajmowała im poprzednio, w grupie, około czterech godzin. Średnia na poziomie 25 km/h jest jak najbardziej możliwa. Tym bardziej, że droga okazuje się fantastyczna. Prosta, gładka, lekko pofalowana, bez skrzyżowań. Zdarzają się większe pagórki, ale te oficjalnie najwyższe, bo przecież Mierzeja jest pasmem wydm, znajdują się w okolicach Wielbłądziego Garbu (49,5 m n.p.m.). Ten także jest przy naszej trasie, majacząc gdzieś wśród przepięknego sosnowego lasu. Miłośników dendrologii informujemy, że na terenie Parku Krajobrazowego „Mierzeja Wiślana” znajduje się rezerwat przyrody „Buki Mierzei Wiślanej”. Do Krynicy Morskiej docieramy błyskawicznie. Darujemy sobie słynną latarnię morską, ale zjeżdżamy na plażę. Krynica nie zachęca, zdominowana przez typową zabudowę turystyczną ze sporymi hotelami. Na plaży robimy mały konkurs przełajowy, Mateusz (jako przełajowiec) wygrywa. A może to entuzjazm na widok kutra? Pogoda nam sprzyja, nie ma wiatru, przebłyskuje słońce, wracamy więc na trasę, zmierzając do kolejnej atrakcji – przekopu.

Duży rów

Listopad nie listopad, praca przy przekopie Mierzei Wiślanej trwa w najlepsze. Widać go z daleka, wcześniej, od strony Krynicy. Szlak R10 prowadzi bezpośrednio wzdłuż morza, więc światła na horyzoncie widoczne są jak na dłoni. Tuż przed przekopem objazd skręca w lewo, by przecisnąć się tuż koło asfaltu, ale rzut oka na budowę jest możliwy. A tam gigantyczne maszyny budowlane i praca trwająca bez przerwy. Widać masy przesuwanej ziemi i ślady po wyciętych drzewach. Mierzeja Wiślana słynie z bursztynów, przy okazji pewnie coś wykopano. I tak nie zrekompensuje to zniszczonej przyrody. Zniesmaczeni wracamy na szlak. Od czasu do czasu pokrzykuję na kolegów, widząc kolejne malownicze miejsce, gdzie chcę zrobić zdjęcie. Tyle, że musielibyśmy chyba zatrzymywać się co zakręt, gdy otwiera się kolejny widok. Za Kątami Rybackimi Mateusz zawraca, by dojechać do swojego samochodu, my mkniemy dalej. W końcu są i ludzie! W okolicach Sztutowa i Stegny znów towarzyszą nam większe pagórki, sięgające kilkudziesięciu metrów, kuszące, by sprawdzić, czy przypadkiem ich szczytem nie biegnie ścieżka. Mam już plan na następny raz. Podobnie jak Wysoczyzna Elbląska, której wzniesienie mignęło nam w najwęższych miejscach Mierzei, po drugiej stronie, wpisana na przyszłościową listę „to do”. Do Mikoszewa wpadamy w półmroku, szczęśliwi, że nie musimy wracać na rowerach. Ta sama trasa po ciemku byłaby zwyczajnym marnotrawstwem.

Nasza trasa do powtórzenia w całości liczyła 57 km.

Znajdziecie ją tutaj – https://www.komoot.com/tour/296149127

Zobaczcie również Kaszuby na rowerze

I „Ucieczkę z wyspy Uznam”.

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu:
Zdjęcia:
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x