Las Zabierzowski albo wzorzec gravelowego metra

Kategorie:

A gdyby tak wymyślić rundę, która otworzy oczy niedowiarkom i pokaże im, jakie są możliwości graveli? Taką, która spowoduje, że uwierzą, iż to naprawdę rower do wszystkiego? Najlepsze, że taka runda już istnieje i znajduje się tuż pod Krakowem.

Przyznaję, nie ja ją odkryłem. Planując jeden z wyjazdów do Krakowa na przełomie zimy i wiosny, spytałem Jana Piątkiewicza (bikeshow.cc), co mógłby polecić miłośnikowi gravelowania pod kątem jazdy wokół stolicy Małopolski. Wysłał trzy różne propozycje, niekoniecznie szutrowe, pętli w bezpośredniej bliskości miasta. Wówczas skończyło się na absurdalnym, bo po czubek głowy w smogu, wypadzie do Lanckorony. Przyjdzie czas i na tę opowieść, gdy powtórzę trasę, dla odmiany, kiedy będzie coś widać. Zwieńczony sukcesem sprawdzian propozycji Jana (pod hasłem: „jest kilka zaskakujących tras pod gravela wokół Krakowa”) nastąpił ostatecznie w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Ślad trasy, którą przejechaliśmy, oczywiście znajdziecie obok. Liczyła 57 kilometrów i niemal 600 metrów przewyższeń.

Dlaczego PKP?

Przy okazji ponownie sprawdziłem ekologiczną opcję transportu roweru koleją. Pisaliśmy już o tym, a pomysł niezmiennie pozostaje godny rozważenia. Na trasie Wrocław – Kraków dostępna jest opcja podróży z rowerem, przy czym jej koszt, abstrahując od korzyści dla planety, jest niższy niż w przypadku jazdy samochodem (jedna osoba z rowerem, w dwie strony, pociągiem IC – 108 zł). Czas okazuje się niewiele dłuższy (lub zbliżony) i wynosi około czterech godzin w jedną stronę. Tak się złożyło, że zaplanowana runda startowała praktycznie spod Wawelu, wystarczyło ją więc wydłużyć o przejazd z dworca przez Planty, sam w sobie atrakcyjny. Ale, uwaga, w różnych pociągach liczba miejsc na rowery znacząco się waha, a w sezonie ich dostępność może się okazać ograniczona. Najrozsądniej byłoby więc zarezerwować miejsce zawczasu. Wyobraźnia podpowiada nam, że w tym roku podróżujących po Polsce w podobny sposób będzie więcej… Pomysł, by pojechać pociągiem gdzieś daleko, a potem wrócić rowerem z sakwami wydaje się niezwykle kuszący.

Śladami maratonów

Każdy, absolutnie każdy, kto kiedyś przyjeżdżał do Krakowa na maratony MTB, rozpozna pierwsze kilometry trasy. Bez względu na czas i organizatora, praktycznie zawsze start i meta maratonu znajdowały się na Błoniach, a przynajmniej część pętli przebiegała wzdłuż rzeki Rudawy (częściej powrót). To logiczny i praktyczny sposób przebicia się z miasta w kierunku zachodnim, oprócz oczywiście wspinaczki na Kopiec Kościuszki. Drugi wariant w przypadku gravela będzie zdecydowanie mniej praktyczny ze względu na przewyższenia, mniej dostępne szutrówkom z braku przełożeń. Tak więc po śladach maratonów, przeskakując z wałów na asfalty i szutry, dociera się aż do autostrady A4 i przejazdu nad drogą, którą również muszą pamiętać wszyscy fani MTB. To tu, wracając, zaczynali myśleć już o mecie. W przypadku naszej trasy to dopiero rozgrzewka. W chwilę potem następuje chyba najmniej atrakcyjny fragment pętli, asfaltowa dojazdówka obok zalewu w Kryspinowie, aż do Mnikowa. Dla nas był koszmarem, nudną walką pod wiatr. Jedyne atrakcje to malownicze, miniaturowe stare domy, szybko znikające wśród zabudowy dalekich przedmieść Krakowa. 

Dolina Mnikowska

W Mnikowie ostry zakręt w prawo, krótki podjazd i zupełnie nieoczekiwanie krajobraz zmienia się diametralnie. Przed startem nie do końca wiedzieliśmy, dokąd jedziemy, dlatego wyrastające nagle z podłoża białe skały tym bardziej robiły wrażenie. Asfaltowa droga prowadzi wzdłuż strumyka Sanka, by nagle zniknąć za jednym z zabudowań, wśród gęsi i kur. Szlaki turystyczne prowadzą na drugą stronę cieku, to tu wita tablica Rezerwat Dolina Mnikowska. Robi się bardzo górsko i momentami tłoczno. Zanim dolina ulegnie poszerzeniu w okolicach skały z Matką Boską Skalską, trzeba uważać na pieszych, rodziny z dziećmi i… konie! Dno doliny jest płaskie, co zachęca do spacerów, a dolina również niewielka i łatwo dostępna. Z komentarzy pod zdjęciami na instagram.com/magazyntour, które wrzucaliśmy po wypadzie, wiemy, że popularna także wśród rowerzystów. Nie będzie to może idealny wybór na letni weekend, ale w każdym innym momencie jak najbardziej. Tym bardziej, że z drugiej strony doliny wypadamy znów na asfalt, który malowniczo prowadzi w stronę Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Uwaga, po drodze jest jeszcze Rezerwat Zimny Dół, gdyby dzień waszej wycieczki okazał się bardzo upalny. W Kozieńcu skręcamy w lewo. Wybitnie strome skały dają cień i ochłodę.

Tenczyński Park Krajobrazowy

Po przejechaniu (tym razem pod spodem) pod A4 trasa skręca gwałtownie w prawo, a my wspinamy się na Bukową Górę (378 m n.p.m.). Jak łatwo się domyślić, dookoła rosną głównie piękne buki. Wskakujemy na Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. Pojawiają się odpowiednie oznaczenia i zdecydowanie częściej spotykamy też innych turystów na dwóch kółkach. Trasa prowadzi głównie malowniczymi drogami leśnymi, z niewielkimi fragmentami po ścieżkach. Wybitnie widowiskowy jest fragment między miejscowościami Kamyk i Brzoskwinia, gdzie w końcu otwiera się przed nami horyzont. Po kolejnym podjeździe szutrami widoki towarzyszą nam, sięgając aż po horyzont, włącznie z charakterystycznym kościołem Wniebowzięcia NMP w Krakowie. Dodajmy, że nazwa Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego pochodzi od Tenczyna, a tam znajduje się atrakcyjny zamek, w którym zakończy się tegoroczna jurajska edycja Gravel Mana Orle Gniazda (start 17.07). Gdybyście chcieli wydłużyć pętlę o zwiedzanie, polecamy!

Las Zabierzowski

Po minięciu Kleszczowa wjeżdżamy do Lasu Zabierzowskiego, położonego na Garbie Tenczyńskim. Nawet jeśli wydaje się, że przewyższenia nie są imponujące, można się konkretnie zdziwić, gdy mija się popularną „zapałkę”, czyli radar na biało-czerwonej nóżce. Spotkanie z ekipą na rowerach enduro (!) stanowi niezłą podpowiedź, co jest tu możliwe. A my dziurawym asfaltem spadamy w dolinę, by zaraz dosłownie wdrapać się do Grzybowa i znów, zupełnie niespodziewanie, wskoczyć na naprawdę długi i asfaltowy zjazd w kierunku Jałowca. Uwaga, zjazd jest rewelacyjny i kusi. Weźcie jednak pod uwagę, że pieszych oraz dzieci na biegówkach może być tam całkiem sporo. Na dole wpadamy na parking. Jest pełen samochodów, zapchany także dlatego, że po drugiej stronie znajduje się kolejna atrakcja, Skała Kmity. Ze szczytu jest podobno wyjątkowy widok na Dolinę Rudawy. Na naszej trasie to właściwie koniec atrakcji, jeśli nie liczyć stawów w Mydlinkach. Potem jeszcze tylko asfaltowa dojazdówka w okolice wałów Rudawy i już witamy się z gąską, czyli Błoniami. Trasa została jednak tak sprytnie poprowadzona, że nie jedzie się pod prąd poprzednim przebiegiem, ale poznając nowe ścieżki. Właściwe zamknięcie następuje albo na końcu Błoni, gdzie spotykamy szlak z początku, albo koło Wawelu (dla nas był to dworzec PKP). Oczywiście w drodze powrotnej nie mogliśmy ominąć krakowskiego rynku. Kawiarnie były co prawda zamknięte, ale kawa na wynos dostępna. W świąteczny dzień ludzi spacerowało zaś zdecydowanie więcej, niemal jak w czasach przedpandemicznych. Inna sprawa, że wówczas pewnie byśmy się na rynek z rowerami nie pchali.

Wzorzec z Sevres

Sprawdziwszy trasę, pozostajemy w przekonaniu, że oto obcowaliśmy z idealną rundą gravelową. Dlaczego? Ponieważ spotkaliśmy praktycznie wszystkie typy nawierzchni, po których gravel jeździ bez problemu. Od asfaltu po szutry, włącznie z kamienistymi, oraz leśne ścieżki. Nie znaleźliśmy też fragmentów, na których rower górski okazałby się lepszy (wygodniejszy). Są wstęgi niczym Strade Bianche, które mogłyby zagrać tło w reklamie, z widokami po horyzont. Są skały i wąwozy, miejsca atrakcyjne przyrodniczo i zabytki architektury. Nie ma za to jazdy „za wszelką cenę” („co, ja tu nie przejadę?”), przedzierania się przez bagna i chaszcze. Jeśli dodamy też, że runda znajduje się tuż obok dużego miasta, do którego łatwo dotrzeć z wielu stron, wypada ją tylko z czystym sumieniem polecić. Sprawdźcie dostępność biletów PKP i w drogę!

Nasza trasa do powtórzeniahttps://www.komoot.com/tour/352662642

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu:
Zdjęcia:
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x