Krótki Szuter Master albo sposób na życie

Kategorie:

Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Znów to poczułem. Że żyję, że chce mi się ścigać i jeździć. Czy start w Szuter Masterze był skutkiem czy przyczyną nie wiem, faktem jest, że zaraz za metą zacząłem się zastanawiać, jaka impreza odbędzie się w kolejny weekend!

Kamienna Góra to miejsce nieoczywiste na gravelowanie. Przynajmniej dla mnie. Gdy tylko jednak sprawdziłem, jak prowadzi trasa obydwu dystansów, temat zrobił się jakby bardziej znajomy. Mieroszów, Głuszyca, Boguszów-Gorce… trudno mi chyba wymienić wyścigi, w których tu startowałem, włącznie w Bike Maratonami kilkanaście lat temu, albo Enduro MTB Series może pięć wstecz. Ale gravele? W pamięci jeszcze mam Zieleniec z ubiegłego roku, demolujący ciało i sprzęt. I nie wspominam go szczególnie przyjaźnie, pamiętam, jak zastanawiałem się wówczas, po co robić imprezy w terenie, gdzie “góral” sprawdzi się lepiej. 

Tym razem jednak było inaczej. Jeszcze o 8 rano, gdy patrzyłem na strugi deszczu lejące się z nieba, mocno wątpiłem w sens całości. A o tej godzinie śmiałkowie wyruszyli na dystans długi. Padać zaczęło zgodnie z prognozą o 5 rano i miało nie przestać przez cały dzień. Na szczęście jednak, im bliżej magicznej godziny 11, o której mieliśmy ruszyć, tym częściej deszcz na moment ustawał, dając nadzieję. A może było to myślenie życzeniowe? Przed 9 wrócił jeden z sąsiadów na pole namiotowe, którego zabiła pogoda. Po co ja to w ogóle robię?

Nie tak miało być. Za pięć jedenasta staliśmy na rynku Kamiennej Góry niczym zmokłe kury, przytulając się do siebie i quada, który także nie chciał zmoknąć. Może pięćdziesiąt osób, niektóre poubierane niczym na biegun. Błotniki, bagaże godne Amundsena. A przecież jest lato, więc powinno być ciepło. Wziąłem kamizelkę, powinna wystarczyć. Taktyka była prosta – jak najszybciej do mety, żeby nie zmarznąć i żeby nic się nie zdążyło zepsuć!

Prawie cały mokry byłem już chyba po 5 kilometrach. To dobrze, bo przez pozostałe 70 nie musiałem się zastanawiać nad tym, w jak szczególny sposób być mokrym mniej. Rozbiegówka ścieżką rowerową śladami starej linii kolejowej pozwoliła się rozgrzać, optymizm powrócił. Błyskawicznie nakręciliśmy pierwsze 10 kilometrów, zanim wjechaliśmy w góry. Taki był zamysł twórcy trasy, by nas nie zniechęcić? Udało się w 100%!

A potem było już z górki. Bardziej pamiętałem profil wysokościowy trasy niż jej detale, ale w sapaniu innych startujących przewijał się “mityczny” 50 kilometr i podobno jakiś super ciężki podjazd. Skojarzenie musiało być jedno – będziemy zdobywać Chełmiec! W tzw. międzyczasie patrzyłem na ekran Karoo, a ten po prostu odliczał od pierwszego podjazdu do kolejnego. Wszystko jest policzalne, także metry w górę. Z każdym podjazdem było ich mniej. Najpierw 15, potem 14… itd. Nauczony doświadczeniem tym razem zwyczajnie nie jechałem “w trupa”. Moje kolano tego nie lubi, szczególnie gdy jeżdżę za mało, jak w tym roku. Fragmenty trasy wyglądały znajomo, a je cieszyłem się, że wybrałem grube opony. 50 mm w gravelu to takie małe oszustwo, ale tym razem, szczególnie na zjazdach, błogosławiłem ten może centymetr amortyzacji.

Boguszów, bufet, Chełmiec! I może tylko 25 kilometrów do mety. Odliczanie podjazdów pozwala rozłożyć siły i podzielić zadanie na mniejsze kawałki. Czyżbym w końcu nabywał doświadczenia w ściganiu? Kolejne kilometry mijały niepostrzeżenie, a ja rozpocząłem długi finisz! Chełmiec okazał się łatwiejszy niż można było przypuszczać, podobnie jak kolejne górki. Nogi ciągle się kręciły, a ja tylko wyprzedzałem kolejnych przeciwników. Fragmenty asfaltu pozwalały na odpoczynek, silngle i drogi umilały mijający czas. Niespecjalnie mnie zirytował też upadek może 5 kilometrów przed metą, podobnie jak lekkie błądzenie wcześniej – droga na wprost wyglądała tak kusząco! I wreszcie meta, a raczej brama. A za nią gorąca kawa. Jakie to było dobre!

Trasa? Każdy miał taką samą. Dla mnie proporcje pomiędzy ilością podjazdów, a zjazdów, odcinków w terenie a po asfalcie, była w sam raz. Tym razem nikt się nie upierał, by wpuścić nas na sekcje gdzie lepsze byłoby MTB. Całość była w 100% przejezdna na gravelu, swojej dramaturgii dodała też pogoda. Moje 75 km przejechałem w czasie niecałych 4,5 h, a więc wolno i nie na maksimum swoich możliwości, to samo zresztą pokazało mi później już oprogramowanie w podsumowaniu. Jednym słowem obijałem się! Ta odzyskana jednak radość z jazdy i chęci na ściganie jest jednak bezcenna. A na szuter Mastera jeszcze wrócę na pewno. Choćby z kolejnego powodu – jedzenia za metą!  

0 0 votes
Oceń artykuł
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Czytaj dalej

Podobne artykułu

0
Would love your thoughts, please comment.x