Jurassic Park. Dolinki Krakowskie na gravelu.

Kategorie:

 

dolinki krakowskie

 

 

 

Irek biegał po sklepie jak poparzony, obsługiwał trzech klientów na raz i jednocześnie próbował wyjaśniać mi, w którym miejscu powinnam pojechać inaczej, niż zrobił to on, i czego pod żadnym pozorem nie mogę ominąć. Cały naród gromadził się w tym dniu w Biedronkach i sklepach rowerowych. Potrzebowano kiełbasy i rowerów. Natychmiast! Trasa na Stravie wyglądała czysto, zdawała się prowadzić gładkimi białymi drogami: skrzyżowanie i skręt, prosto, łuk, skrzyżowanie i powtórka. Nic skomplikowanego. Widziałam to już oczami wyobraźni: szerokie szutrowe trakty i gładkie leśne ścieżki. Łąki i wąwozy o wapiennych skarpach. Szybkie pięćdziesiąt kilometrów i powrót do domu przed siedemnastą. „Ania, to trasa wyznaczona na góralu! Na czym ty to będziesz jechać?”

 

„Na gravelu…” 

 

Irek popatrzył na mnie badawczo. Sądzę, że wiedział, że jego komentarz byłby bez znaczenia. „Z roweru zawsze można zejść” – bąknęłam. Dolinki Krakowskie to park krajobrazowy będący częścią Jury Krakowsko‑Częstochowskiej. Rozległą wyżynę przecinają tu głębokie zalesione wąwozy, na których dnie najczęściej toczy swe wody jakaś spokojna rzeczka. Trasę ułożyliśmy tak, by miała około 60 kilometrów i prowadziła przez większość wąwozowych dolinek. Misja oparta była na założeniu, że skoro Jura to nie wysokie góry, całość będzie przejezdna na gravelu.

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

dolinki krakowskie

 

 

 

JAK CHCESZ

 

O dziewiątej rano byliśmy gotowi. To nie miała być zwykła przejażdżka. To MAJÓWKA! Kanapki, pomidorki, ciastka, żelki i kawa z kawiarki gotowana w terenie. Start z Krzeszowic spod przychodni. Mój piknikowy ekwipunek wiozę w torbie podsiodłowej. To nasz debiut. Torby i mój z torbą. Nie wiem, jak nam się pojedzie, ale mam cały dzień na rozładowanie ewentualnej irytacji. Zaczynamy asfaltem. Pogoda jest wymarzona. Ciepło, słonecznie. Mateusz jedzie na zupełnie nieznanym sobie rowerze, ale widzę, że całkiem dobrze go ustawiliśmy (zbajkfitingowaliśmy). Kontroluję co chwilę przebieg trasy w telefonie, dobywając go za każdym razem z kieszonki. Jeszcze nie mam świadomości, że pod koniec dnia ta czynność „pozadziera” mi skórę na kciuku…

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

ELIASZÓWKA

Przygoda zawsze miała coś wspólnego z mokrymi skarpetkami!

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

 

 

HOKUSY, POKUSY

 

Droga wpada w świetlisty las i zmienia nachylenie. Mój telefon mówi, że za 200 metrów zaczyna się segment, a moje mięśnie samoczynnie luzują się przygotowane na start. „Majówka! Majówka! Majówka!” – pulsuje mi w głowie, więc… Nie, dziś nie będzie ścigania! Zamiast tego fundujemy sobie konkurs przejazdów przez strumyk. Pierwsze w tym roku moczenie nóg w potoku zaliczone. W skarpetach! Drugi brzeg strumienia dość ostentacyjnie mówi nam, co nas czeka. Brzeg gwałtownie pnie się pod górę, ścieżka wspina się po zboczu i usiana jest wapiennymi kamieniami. Jest podjeżdżalna. Na dwudziestu metrach! Wracamy na asfalt i gawędzimy o tym, jak pionowe są ściany wąwozu, którym właśnie jedziemy. Czasami spomiędzy drzew przezierają skały. Nie są śnieżnobiałe, raczej brązowe. Ta część Jury ma trochę inny charakter niż część bliżej Częstochowy. Jesteśmy w Rezerwacie Dolina Eliaszówki. Eliaszówka jest spokojną rzeczką, która toczy się po kamieniach i w związku z tym przypomina górski potok, jest jednak znacznie bardziej leniwa.

 

 

 

dolinki krakowskie

 

dolinki krakowskie

 

 

 

TEREN

 

Znów dobywam z kieszeni telefon, bo w prawo od naszej gładkiej szosy odbija kusząca ścieżka, prosto w las, w górę. „To mogłoby być tutaj” – myślę i nie mylę się. Jest stromo, wrzucam najniższy bieg. Checkpoint dysponuje przełożeniem jeden na jeden: 34 zęby z przodu i 34 z tyłu. W szosie to marzenie górala, w terenie to wciąż trochę mało, gdy jest stromo i jednocześnie pojawiają się korzenie lub progi. Bukowy las porasta tu strome pagórki, gdzieniegdzie pojawiają się skały i wapienne głazy. W środku lata będzie tu zupełnie ciemno, teraz jedziemy w zielonym majowym świetle, które przebija się przez młode listki. Za lasem, na łąkach, droga przestaje być tak oczywista. Znów z telefonem w dłoni próbuję namierzyć poprawny szlak. Droga rozwidla się na przynajmniej trzy „blade” trakty, z których każdy wygląda na nieuczęszczany od jesieni. Trawa na duktach jest prawie tak bujna jak na łące. Targamy przez łąkę na azymut w kierunku, gdzie do lasu powinna wpadać nasza droga. Łąka jest sucha i nie ma na niej żadnych niespodzianek. Dwadzieścia kilometrów dalej krakowski rynek tonie w gwarze, kilka kilometrów od nas huczy autostrada A4, nasza łąka zdaje się być setki kilometrów od cywilizacji, oprócz koników polnych nie słychać nic.

 

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

 

 

MTB CZY SZOSA?

 

Niespodziewanie nieistniejąca ścieżka zmienia się nagle w wysokiej jakości żwirową drogę, która równie szybko znów tonie w zaoranym polu. Mijamy urokliwą wioskę Dębnik i docieramy do dolinki, której Ireneusz nie pozwolił nam pod żadnym pozorem ominąć. Dolina Racławki. Tam w bukowym lesie czają się zjazdy i podjazdy, którymi nie pogardziłby rajder MTB. Wciąż jest to nachylenie, które zniesie przełajówka. Ciepły kwiecień sprawił, że ziemia jest sucha, ale nie sypka. Gdyby spadł deszcz, na naszych żwirowych oponach fruwalibyśmy po lesie jak gołąbki. To był fragment, gdzie naprawdę mieliśmy frajdę. Zjazd był gładki, z kilkoma zaledwie korzeniami i kamieniami, a las tak piękny, że można by kręcić w nim Robin Hooda.

 

 

 

dolinki krakowskie

 

SOKOLICA

Popularna wspinaczkowa miejscówka.

 

 

 

 

PUSTKOWIE

 

Spotykamy czasem ludzi, najczęściej rodziny z dziećmi lub starszych państwa spacerujących po oznaczonych szlakach. Jako że jesteśmy w pobliżu cywilizacji (choć czasem trudno w to uwierzyć), łatwo tu zaparkować samochód i wybrać się na spacer lub piknik w pobliżu rzeczki. Nie ma tłumów, to wciąż pojedyncze osoby w tym przepięknym krajobrazie. Po krótkiej jeździe docieramy do Doliny Szklarki. Jesteśmy już trochę zmęczeni, kończy nam się woda w bidonach, na szczęście, mimo święta, dopadamy wiejski sklepik, gdzie nabywamy wodę i colę, na chwilę wystarczy. W poszukiwaniu miejsca na piknik jedziemy chwilę wzdłuż potoku. Na pierwszej odludnej łące odpalamy palnik i czekamy na bulgotanie kawy w kawiarce. Znów, zdawać by się mogło, jesteśmy w zapomnianej przez ludzi okolicy. Naszego leniwego pikniku nie zakłóca żaden turysta. Za parę kilometrów przekonamy się, że cywilizacja istnieje, wynaleziono już w niej samochody, dmuchane piłki, namioty rozkładane w dwie minuty i smażoną rybę. We wspinaczkowym centrum pod Sokolicą u wejścia do Doliny Będkowskiej trwają w najlepsze wakacje. U wejścia do doliny znajduję się uroczy drewniany dom – Brandysówka – gospodarstwo agroturystyczne przyciągające masy turystów.

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

 

MAJÓWKA

Czekamy na bulgotanie kawy w kawiarce.

 

 

 

 

 

 

 

DALEJ, DALEJ

 

My jesteśmy najedzeni, jedziemy dalej, by trafić na kolejny przyjemny terenowy podjazd, na którym nasze gravelówki pokazują, do czego zostały stworzone. Nie jestem przekonana, że żwirowe drogi są ulubioną nawierzchnią tych rowerów. Żwir, mimo wszystko, jest nudny. Mam wrażenie, że dopiero w bardziej wymagającym terenie, gdzie trzeba lawirować między korzeniami, wybojami czy głębszymi kałużami, rowery czują się spełnione. Leśne dukty, takie jak zjazd w Dolinie Racławki, dopiero sprawiają że zaczynamy się do siebie uśmiechać, bo dopiero taka jazda sprawia nam przyjemność.

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

OJCOWSKI PARK NARODOWY

Próbujemy wyobrazić sobie żywioł, który poukładał drzewa jedne na drugich.

 

 

 

ZAKAZ WJAZDU

 

Torba przytroczona do sztycy zupełnie „zniknęła” z mojej świadomości. Nie jest przepełniona, więc nie bardzo ciężka, i trzyma się sztywno na miejscu. Setny raz wyciągam z kieszonki telefon i wspólnie decydujemy, czy podążać szlakiem wyznaczonym dla nas przez Ireneusza, czy odjechać trochę na wschód i zahaczyć o Ojcowski Park Narodowy. Oboje decydujemy, że skoro już tu jesteśmy… Przeprawiamy się przez ruchliwą drogę numer 94 i wpadamy w leśne ścieżki wijące się płaskim terenem. Znaleźliśmy raj. Wstępują w nas nowe siły, mimo że już kilka godzin tułamy się po małopolskich szlakach. Jedzie się jak po sznurku, aż do bramy Ojcowskiego Parku Narodowego, gdzie nagle pojawiają się tłumy i… zakaz wjazdu dla rowerów. Z żalem zawracamy i właściwie godzimy się z faktem, że powoli należałoby szykować się w drogę powrotną do samochodu. Próbujemy jeszcze lasem dotrzeć do Doliny Prądnika, by choć posmakować jej atmosfery. Na próżno. Las poprzecinany jest drogami, które nikną w głuszy, zmieniają kierunek, wpadają na powalone drzewa… Słońce niebezpiecznie zniża się nad horyzontem, gdy wypadamy znów na drogę numer 94. Po kilku przeprawach przez kolejne rzeczki, po wątpliwych konstrukcjach mostowych złożonych z kilku patyków, odpalamy mapy Googla i z ulgą słuchamy głosu Krzysztofa Hołowczyca: „Dalej prosto.”

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

DROGA POWROTNA

GoogleMaps wie doskonale, na jakich rowerach jedziemy i nie pozwala nam się nudzić.

 

 

 

 

DROGA Z WIDOKIEM

 

W przypadku trybu nawigacji rowerem „prosto” często prowadzi szutrowymi drogami, karkołomnymi zjazdami, łąkami i nie tracimy nic z frajdy jazdy na naszych offroadowych pojazdach. Kilka razy, gdy wjeżdżamy na jakieś wzgórze, w dole pod nami pojawia się Kraków. Na horyzoncie delikatnie majaczy Babia Góra, a za nią postrzępione szpiczaste Tatry, to widok, który nigdy się nie znudzi. Ostatnie kilometry przemieszczamy się rozległą doliną, od południa mając długie wzniesienie, wzdłuż którego, po jego drugiej stronie, wiedzie do Krakowa autostrada A4.

 

 

 

 

 

 

 

MOŻE JEDNAK SZOSA?

 

Nasza trasa okazała się ponad trzy kilometry dłuższa od założonego dystansu. Miał na to wpływ niepewny przebieg dróg łąkami, zatrzymywały nas powalone drzewa, czasem drogi nikły w terenie, zaorane lub zarośnięte. Niemniej była to wspaniała terenowa wycieczka na pograniczu przeprawy pionierów i jazdy po bike parku na MTB. Nasze zmoczone na początku wycieczki skarpetki zdążyły wyschnąć, znów się zmoczyć i znów wyschnąć. Nie zwiedziliśmy Doliny Prądnika i paru innych mniejszych dolinek. Ten niedosyt połączony z zauroczeniem bajecznymi wąwozami tej części Jury sprawia, że z pewnością tam wrócimy. Na jakich rowerach? Na gravelach! Na rowerach stworzonych po prostu do jeżdżenia!

 

 

 

 

dolinki krakowskie

 

 

 

 

CHCECIE PRZEJECHAĆ NASZĄ TRASĘ?

 

Znajdziecie ją TUTAJ! Liczy 61 km i 900 metrów podjazdów. 

 

 

dolinki krakowskie

 

 

 

Artykuł ukazał się w TOUR 2/2018

 

Jego elektroniczną wersję możecie kupić w eKiosk.

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x