Jesenicki klasyk. Runda u południowych sąsiadów

Kategorie:

Jesenicki klasyk, czyli co? 

Zaczyna się ją we Vrbnie pod Pradziadem. Vrbno niczym szczególnym się nie wyróżnia. To typowa miejscowość w Jesenikach, poniemiecka architektura uzdrowiska, lodowata górska rzeka, chłód czający się w cieniu świerkowych lasów. Vrbno ma dzielnicę Mnichov, co zawsze mnie śmieszy, bo Mnichov to po czesku również Monachium. Lubię Vrbno. Poza tym, że często tam bywam, dobrze mi się kojarzy, pięknie pachnie górami, to jeszcze ma kilka supermarketów otwartych do późnych godzin, gdzie wykończona kupuję zawsze coś do jedzenia i dobre morawskie wino (polecam Rulandské modré z Château Valtice) na później. Zaparkować można gdziekolwiek, pod stacją kolejową, jednym z supermarketów lub na parkingu przy drodze na Karlową Studankę, na granicy miasta. Nigdy nie widziałam we Vrbnie tłumów. To spokojna miejscowość z kolarskimi tradycjami. W środku lata lokalny klub organizuje tam wyścig Żelezny Drak (żelazny smok) z finiszem na Pradziadzie, tamtejszym Mont Ventoux. Wpisowe jest nierealnie niskie, atmosfera domowa, a ściganie zacne. Jesienią ten sam klub (ACS Drak Vrbno) zaprasza na wyścig przełajowy.

 

 

Uzdrowisko 

Z Vrbna wyjeżdża się pnącą się delikatnie drogą w stronę Karlovej Studánki. Nachylenie jest łagodne i nie przekracza 5%. Niezależnie od pory roku już te pierwsze kilometry sprawią, że zacznie się wam podobać. Schludne zabudowania i przepiękny świerkowy las prowadzą aż do uzdrowiska Karlova Studánka. Tam po brukowanej drodze dojedziecie do pierwszego przystanku, pijalni wody. Tutaj, w przeciwieństwie do Vrbna, zawsze są tłumy. Zimą przyjeżdżają na narty, latem w góry, do uzdrowiska, czy zjeść w jednej z tutejszych gospód najbardziej tradycyjną z czeskich potraw – wołową polędwicę w sosie, zwaną svíčková na smetaně, koniecznie z knedlikiem!

Woda, którą zatankujecie w Karlovej Studánce, nie smakuje jak kranówka. Niektórzy przyjeżdżają tu specjalnie, by zakosztować tej delikatnie gazowanej wody leczniczej, jej zapach nie jest może odstręczający, ale trudno nazwać ją bezwonną. Miejscowość jest malutka, ale urokliwa. Spodoba się wam stara drewniana architektura i otoczenie. Za miejscowością, na skrzyżowaniu w kształcie litery T, należy skręcić w lewo na Małą Moravkę. Niecały kilometr później zacznie się pierwszy z poważnych na trasie podjazdów. Podjazd na Pradziada.

 

 

Karlova Studanka. Woda jest lekko gazowana i nie jest bezwonna, ale podobno zdrowa.

 

 

Pradziad (Praděd) 

To piąta najwyższa góra Czech (Sněžka 1603 m, Luční hora 1555 m, Studniční hora 1554 m, Vysoké kolo 1509 m). Liczy 1492 m n.p.m. i znajduje się w paśmie górskim Wysokiego Jesionika. Na szczyt prowadzi asfaltowa droga dostępna dla rowerów, a częściowo również dla samochodów, pierwsze kilometry więc są współdzielone. Ruchem samochodowym sterują dwa szlabany otwierane i zamykane przez obsługę w zależności od zapełnienia górnego parkingu. Samotną rowerową lub pieszą wspinaczkę zakłócą czasem fale przemieszczających się aut. Jeśli macie szczęście, nie spotkacie ich tam jednak wiele. Podjazd na Pradziada to osiem i pół kilometra wspinaczki szosą o nachyleniu do 11%, ale o średniej nieprzekraczającej 7%. Na szczycie nawet w upalny dzień czuje się wysokość. Wiatr (który wieje tam prawie zawsze) będzie chciał was wygonić, więc albo zechcecie natychmiast uciekać, albo skusi was wizyta w budynku przekaźnika TV, w którym również mieści się schronisko. Charakterystyczny budynek na łysym szczycie wielu przypomina Mont Ventoux, zwłaszcza że jego widok towarzyszy podjeżdżającym przez ostatnie kilometry. Ze szczytu przy dobrej pogodzie widać Karkonosze, Beskidy, Tatry a nawet Małą Fatrę. To naprawdę spora góra!

Zjazd z Pradziada nie będzie należał do najlepszych w waszym życiu. Zjeżdża się tą samą droga, którą się na niego wjeżdżało i należy uważać na turystów, później do pieszych dołączą również samochody. Wiosną, jako że w Czechach górskie drogi często posypuje się żwirkiem zamiast solą, na asfalcie poniżej pośredniego parkingu sporo jest drobnych kamieni, które czynią zjazd trochę niebezpiecznym. Długość tego zjazdu gwarantuje dreszcze, z emocji i z zimna. Weźcie w Jeseniki przynajmniej kamizelkę!

 

 

 

 

Mała Moravka 

Za Pradziadem wskakuje się na drogę, Bělá pod Pradědem – Malá Morávka, która wcześniej doprowadziła was tutaj z Karlovej Studanki. Od parkingu zwanego Hvězda czekają kolejne łagodne kilometry w dół za Małą Moravkę, aż do wsi Moravice. Ten zjazd to czysta przyjemność, łagodny, szybki, malowniczy i dość długi. Asfalt jest dobrej jakości i jedzie się bardzo pewnie. W okolicy trzydziestego ósmego kilometra trasa odbija w prawo, opuszczając główną drogę. Zaraz za skrzyżowaniem zaczyna się podjazd, którego każdy kilometr przynosi kolejne widoki. Tam udało nam się pewnego ciepłego października złowić najlepsze jesenickie kadry wśród czerwonych przydrożnych klonów. Droga faluje, raz wznosi się, raz trochę opada, wije się delikatnie. W zależności od pory roku łąki, wśród których biegnie szosa, wyglądają trochę inaczej. Wiosną usłane są zawsze puchatym dywanem z mniszków.

 

 

 

Pradziad. Wiosną sporo tam żwiru, ale ten podjazd trzeba zaliczyć.

 

 

Rýmařov 

Zjazd do Rýmařova jest odrobinę nudnawy, znikają góry i okolica mogłaby być gdziekolwiek. Na tym fragmencie mało jest charakterystycznych elementów krajobrazu. Miasteczko mija się szybko i bez zbytniej chęci zatrzymania się. Za nim znów zaczyna się podjazd. Najpierw niepozornie, kilkoma procentami, ale to ponad dziesięć ciągnących się kilometrów pod górę. Kiedy się je pokona, za przełęczą czeka to, co kolarze bardzo lubią… Piętnaście kilometrów szerokiego, płynnego zjazdu w hiszpańskim stylu. Rower tam płynie (pod warunkiem, że nie jedziecie na gravelówce i nie musicie ostro pedałować, by dogonić towarzyszy na szosówkach). Kilka serpentyn i nawrotów po drodze oraz niewielki ruch samochodowy sprawią, że zapomnicie, jaki upierdliwy i wlokący się był wcześniejszy podjazd (ja zapominam za każdym razem).

 

 

Czeskie MONT VENTOUX. Ostatnim kilometrom na szczyt Pradziada towarzyszy taki widok.

 

 

Sobotín 

Wieś Sobotín oznacza koniec radosnego zjazdu i trochę pedałowania. Po prawej mignie wam zamek Sobotín, w którym mieści się ekskluzywny hotel. Jeśli dojedziecie do centrum, oznaczać to będzie, że przegapiliście skręt. Za zamkiem należy skręcić w niepozorną drogę, która malowniczą okolicą doprowadzi was do zaskakującego leśnego podjazdu, wijącego się kilkoma serpentynami. To jeden z moich ulubionych fragmentów, wyjątkowo malowniczy, mimo że ukryty w lesie. Podjazd jest krótki i można się na nim fajnie zagiąć. Zjazd do wsi Maršíkov też jest ładny i zawija się na malowniczej serpentynie. W wiosce mija się zagrodę z danielami i drewniany kościół świętego Michała z 1609 roku. W zależności, co bardziej lubicie, zwierzątka z dużymi oczami czy stare drewniane budowle, w wiosce jest się po co zatrzymać.

 

 

 

 

Loučná nad Desnou 

Do Loučnej droga raz delikatnie się wspina, raz wypłaszcza. Loučná to spora miejscowość, pojawia się też więcej samochodów i turystów. Wieś dalej to znane Kouty nad Desnou, gdzie zimą i latem czynny jest wyciąg krzesełkowy. To dość oblegany ośrodek narciarski i MTB. Nasza trasa Kouty omija. Ale nie tak po prostu! Omija je jednym z najbardziej wymagających podjazdów w Czechach i jednym z najbardziej szalonych zjazdów w Republice!

 

 

Dlouhé stráně! Jeden z siedmiu cudów Czeskiej Republiki 

Tam jeżdżę od niedawna. To nazwa pompowo-szczytowej elektrowni wodnej zbudowanej we wnętrzu ściętej w tym celu góry o tej samej nazwie. Trzecia największa taka na świecie. Poza tym jest „naj” z trzech innych powodów: ma największą pompoturbinę w Europie (325 MW), największy spad wody w Czechach (510,7 m) oraz największą łączną moc elektryczną w Czechach (2 x 325 MW) dla elektrowni tego typu (źródło: Wikipedia). Elektrownię można zwiedzać, choć mnie się jeszcze nie udało, mimo zamiłowania do tego typu niezwykłości. Jezioro w betonowej niecce na szczycie góry jest przedziwne, trochę jakby z innej planety. Ale nie jeździ się tam dla jeziora. Jeździ się tam dla podjazdu!

Podjazd prowadzi z Loučnej nad Desnou (Desna to rzeka, która płynie również przez Kouty) i ma około 12 kilometrów długości. Na pewno jest bardziej stromy od Pradziada i na pewno bardziej bolą na nim nogi. Mój Wahoo momentami pokazuje nachylenie przekraczające 16%, całość będzie oscylować w okolicach 10-11%. W przeciwieństwie do Pradziada, z którego zjazd prowadzi podjazdem, do elektrowni wiodą dwie drogi. Obie nadają się do podjeżdżania, ale jedna z nich jest stanowczo lepsza na zjazd – ta prowadząca na Červenohorské sedlo, przełęcz z nowiusieńkim, nachylonym pod kątem 6% asfaltem.

 

 

Hamuj! Napis na zjeździe z góry Dlouhé stráně.

 

 

Červenohorské sedlo 

Jeśli lubicie góry i jednocześnie nie czujecie presji uwieczniania wszystkich widoków na kartach pamięci, dotarcie do podnóża podjazdu nie powinno zająć wam więcej niż sześć godzin od wyjazdu z Vrbna. Wygląda to tak, że kończycie wariacki zjazd z „elektrowni”, chwilę wcześniej mijacie dolny zbiornik i kiedy dojeżdżacie do głównej drogi (w lewo Kouty i Loučna, w prawo Jesenik), zaczyna się kolejny podjazd. Od razu, zero płaskiego. Taki psikus.

Ten podjazd albo pokochacie, albo znienawidzicie. Ja go kocham i nienawidzę jednocześnie. Ale nie dlatego, że jest ładny/brzydki, stromy/nudny, dobry/zły. To fantastyczny podjazd o nachyleniu, jakie mi bardzo pasuje, piękny bukowy las, doskonały asfalt, widok na góry, źródełko z zimną czystą wodą po drodze, idealne nawroty. Osiem kilometrów podjazdu, na których na pewno wystarczy przełożeń i na których dowolnie można sterować tempem. Niestety, podoba się też innym. W wolny dzień to huczący, turkoczący, wyjący, strzelający i cuchnący niedopaloną benzyną rollercoaster. Motocykliści upodobali sobie tę przełęcz i kursują tam i z powrotem, odbierając temu miejscu wszystko, za co można by je cenić, czyli ciszę i czyste powietrze. Chyba nie są niebezpieczni, ale przy ich zagęszczeniu, z perspektywy powolnego rowerzysty, którego serce wali 170 uderzeń na minutę, trudno ich lubić. Mają prawo tam być, tak jak my mamy prawo wlec się tam, mając ponad 100 kilometrów w nogach. Moja rada? Nie wybierajcie się tam w niedzielę.

 

 

Penzion REJVÍZ. O Rejvíz mówimy, że jest wymyślone. Większość domów wygląda jak z bajki.

 

 

Jesenik 

Z Červenohorskiego sedla aż do Jesenika można chyba nie pedałować – to ponad piętnaście kilometrów zjazdu. Najpierw w alpejskim stylu, potem delikatne toczenie się jak po stole, pod który ktoś podłożył płaski klocek Lego. Jesenik to spora miejscowość uzdrowiskowa i niechlubny ośrodek dawnych polowań na czarownice. Jeśli będziecie mieć czas, odwiedźcie rynek i którąś z knajpek. Kiedyś udało mi się zjeść tam wyborne gnocchi (opisane po czesku jako ňoki) z pomidorami i parmezanem. Powyżej Jesenika (ten podjazd potrafi przydusić) znajduje się piękne uzdrowisko Priessnitz, a właściwie Jeseník Lázně. To tutaj Vincenzo Priessnitz, obserwując chore zwierzęta odzyskujące zdrowie pod spadającymi z gór potokami, wymyślił… prysznic. Jesenicka pętla nie obejmuje podjazdu do sanatorium. Jesenik to ostatnie miejsce na popas, kilka supermarketów przy drodze z pewnością pozwoli wam uzupełnić kalorie.

 

 

Droga z REJVÍZ. Słaby asfalt, ale czarowna atmosfera i niskie słońce. Kolejna perełka tej trasy.

 

 

Rejviz, prawie ostatni podjazd 

Do Rejviz można podjechać z kilku stron. Na naszej pętli podjazd zaczyna się na 134. kilometrze i ciągnie się przez kolejne siedem. Odbija w górę od głównej drogi Jesenik – Głuchołazy i w całości przebiega lasem. Rejviz wygląda jak wymyślona wioska, jesionowa aleja i kolorowe drewniane domki. Jest mikroskopijny. Nawet się nie obejrzycie, jak się skończy. Nie jedźcie za szybko, obserwujcie. Mały pensjonat, mała straż pożarna i chylące się ku zachodowi słońce. Polecam zupę czosnkową w gospodzie, jeśli akurat jest czerwiec i macie sporo czasu. Czy dobrze trafiliście, poznacie po krzesłach… mają twarze!

 

 

Las 

Na wysokości ostatnich domów Rejviz trasa odbija w prawo, w łąki. Tutaj akurat asfalt jest podły i jeśli tak jak ja będziecie jechać na gravelówce, będziecie mogli zagrać na nosie kolegom na oponach 25 mm, choć nie wydaje mi się, że będzie wam się chciało. Tutaj dystans i przewyższenia zaczynają doskwierać. Na szczęście ten fragment drogi emanuje jeszcze czarami z Rejviz. Las jest bajkowy, droga wąska, jedzie się szybko, pachnie górami. To taka droga, którą chciałoby się mieć pod domem. Z jednej strony dom, z drugiej praca i już nigdy nie chcielibyście jeździć do pracy samochodem. Problem leży w tym, że tylko w jedną stronę mielibyście z górki. Po ośmiu kilometrach zjazdu bajkowym lasem wyskakuje się na rozległą łąkę z kilkoma rozłożystymi drzewami, która po zachodzie słońca (ale może wy będziecie szybsi ode mnie) wygląda nie mniej bajkowo. Tutaj musicie pokonać krótki wznios, by dostać się na główną drogę, która zaprowadzi was w dół do Vrbna. Jeśli i u was zrobi się już ciemno, koniecznie zapalcie lampki! Na tym idealnym asfalcie jest po drodze kilka dziur, których możecie się nie spodziewać.

 

 

DLOUHÉ STRÁNĚ. Górny zbiornik elektrowni wodnej o tej samej nazwie.

 

 

Vrbno, czyli z powrotem 

I jak się czujecie po stu sześćdziesięciu kilometrach i 3400 metrach w górę? W porządku, prawda? Nie jedźcie do domu. Parę kilometrów dalej jest Bělá pod Pradědem, tam w starym, komunistycznym ośrodku wczasowym Chata Eduard na pewno znajdą dla was pokój, a kuchnia wyda gulasz. Rano można stamtąd znów wrócić do Jesenika, przed granicą odbić na Czarną Wodę i Rychlebskie Ścieżki i zrobić kolejną epicką pętlę przez Javornik. Już nic nie podpowiadam. Już milczę!

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x