Jens Voigt. Kluczem jest planowanie odejścia

Kategorie:

W końcu zjawiają się. Kacper z Treka „zostawia” nam Jensa na godzinę i wychodzi. W Częstochowie odsłonili właśnie nowy mural. Dlatego się spóźnili. Jens zaczyna nam opisywać „Strażnika czasu” (taki tytuł ma dzieło ufundowane przez częstochowskiego zegarmistrza). W najzwyklejszy na świecie sposób nasza rozmowa o kolarstwie rozpoczyna się od dyskusji o muralach…

 

 

Byłeś już w Polsce, choćby w 2008 roku podczas Tour de Pologne, który ostatecznie wygrałeś. Która to twoja wizyta?

 

Byłem w Polsce miesiąc temu, na pięć minut (Jens wygrzebuje z kieszeni telefon). Pokażę wam (przegląda zdjęcia). Z Kalifornii, Tour de France, wakacje były potem… O, jest! Byłem z rodziną na wakacjach, zrobiliśmy sobie wycieczkę wzdłuż wybrzeża i dotarliśmy do granicy, do Świnoujścia. Wcześniej rzeczywiście byłem w Polsce dziesięć lat temu. Wrześniowy Tour de Pologne, kiepska pogoda, tydzień ścigania. Pamiętam etap w Karpaczu… Straszny! Deszczowo i zimno. Wcześniej bywałem już drugi i trzeci w tym wyścigu, a w 2008 roku istotnie wygrałem. Kilka razy zatem już was odwiedziłem.

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

 

Jak wygląda koniec kolarskiej kariery? Chwilę temu przyglądaliśmy się Janowi Ullrichowi: narkotyki, nadużywanie alkoholu, awantura na Mallorce, aresztowanie, powrót do Niemiec na kurację, napaść na prostytutkę i kolejne aresztowanie. Przypomina niemożność odnalezienia się w życiu „po karierze”. Jak to wygląda z twojej perspektywy?

 

Sytuacja jest taka, jaką ją sobie stworzysz! To oczywiste, że nie ma się wpływu na pewne rzeczy. Czasem koniec kariery przychodzi z jakimś strasznym wypadkiem. Trudno się na to przygotować. Ale ja miałem 43 lata! I to nie była żadna niespodzianka, że w końcu przyjdzie czas na powiedzenie sobie dość. Kiedy przekroczyłem czterdziestkę, zacząłem zdawać sobie sprawę, że moje ciało już dłużej nie da rady pracować na tak wysokich obrotach. Wiedziałem, że czas, jaki mam na zawodowe ściganie, jest ograniczony.

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Już wtedy zacząłem planować odejście, układać sobie drogę ewakuacyjną, myśleć nad strategią, nad tym, jak ma potem wyglądać moje życie. Zacząłem dużo czytać o tym, jak inni sportowcy radzili sobie u schyłku kariery. Istnieją dwa typy zachowań u progu przejścia na sportową emeryturę. Jeden to taki, kiedy człowiek bierze głęboki oddech i mówi: „jestem szczęśliwy, wykorzystałem wszystko, co miałem, zrobiłem z tego najlepszy użytek, teraz czas na odpoczynek”. Drugi typ to ciągłe pytanie, co by było, gdyby? Odczuwanie niedosytu może być dla sportowców toksyczne. To tak, jakby sami nie godzili się na swoją decyzję. Ciało chce odpocząć, a oni podejmują kolejne próby powrotów. Jeszcze jedno Tour de France, jeszcze jedne mistrzostwa świata, jeszcze jeden zryw…

 

 

Potrafiłeś sobie wyobrazic samego siebie po karierze?

 

Wiedziałem, że jeśli skończę karierę za wcześnie, stanę się zgorzkniały. Dużo rozmawiałem z moją żoną, a ona zna mnie naprawdę dobrze. „Rób to tak długo, jak uważasz, że jest ci potrzebne” – mówiła. Wiedziała, że jeśli nie pozwoli mi zrobić tego po swojemu, jeśli będę zawiedziony, zły (i przez to nieszczęśliwy) i tak będę bezużyteczny jako mąż i ojciec. Kluczem do pozostania w dobrej kondycji psychicznej jest planowanie swojego odejścia. Często sportowcy wpadają w przysłowiową czarną dziurę. Była sława, cotygodniowe ściganie, prawie codzienne wzmianki w prasie, a nagle jest wielkie nic, pustka. Przestają do ciebie dzwonić, przestają cię zapraszać, nie oferują ci wywiadu, nie dają darmowego telefonu, nie przysyłają nowych ciuchów na sezon. Wszystko nagle ciach! I znika! Z tego trzeba zdać sobie sprawę przed odejściem, z tego, że z chwilą odejścia twoja wartość dla świata ulegnie zmianie, mimo że ty sam pozostaniesz tym samym człowiekiem z tymi samymi potrzebami.

 

 

Miałeś sposób, by sobie z tym poradzić?

 

Wiedziałem, że ważne jest, by zachować kontakty. By wciąż otaczać się ludźmi, którzy odbiorą ode mnie telefon, gdy przestanę być gwiazdą. Poza tym miałem rodzinę. Rodzina jest po to, by potrząsnąć tobą, gdy zaczynasz gwiazdorzyć, ale również po to, by podnieść cię, gdy upadniesz. Rodzina daje poczucie, że jest się dla kogoś ważnym. Posiadanie stabilnej, wspierającej rodziny pomaga zachować równowagę. Kolarski świat zna tragiczne historie postaci, którym zabrakło wsparcia rodziny, choćby Frank Vandenbroucke i Marco Pantani. U mnie było inaczej. Ja miałem gdzie wracać.

 

 

Jak w takim razie wygląda teraz twoje życie, kiedy już opadła kurtyna?

 

Kiedy jestem w domu, nie mam czasu na nic. Mamy sześcioro dzieci, trzy psy, kota i siedem królików. Mieszka z nami też moja teściowa. To w sumie dziewięcioro ludzi i jedenaście zwierząt. Moja żona tworzy dla mnie listę rzeczy do zrobienia, która jest tak długa, jak stąd do Warszawy, i kiedy odhaczę jedną rzecz, ona zaraz dodaje mi nowe zadania. Nie śmiejcie się, muszę malować ściany, kopać w ogrodzie. To ciężka praca. Wyobraźcie sobie chodzenie do dentysty z sześciorgiem dzieci. Czuję się czasem jak strażak, muszę gasić jeden pożar za drugim. Nie mam za wiele momentów, kiedy mogę odetchnąć. Kiedy z dziećmi jest wszystko w porządku, zaraz króliki coś wymyślą. I tak w kółko.

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

 

Masz jakąś stałą pracę?

 

Większość czasu poświęcam pracy dla Treka, jestem ambasadorem marki. Podobną pracę wykonuję dla Fitbit, kalifornijskiego producenta zegarków fitnessowych i trackerów. Pracuję dla Tour Down Under w styczniu, Tour of California w maju, jestem komentatorem amerykańskiej telewizji podczas Tour de France. Mam maleńką firmę ubraniową oraz swój własny event kolarski pod koniec września w Północnej Kalifornii – Jensie Grand Fondo.

 

 

Ale mieszkasz w Berlinie…

 

Tak, ale sporo podróżuję. Pół roku nie ma mnie w domu.

 

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Początek twojej kariery to czesko‑australijski team ZVVZ‑Giant‑AIS. Zaskakująca fuzja!

 

Istotnie. Team powstał z połączenia australijskiego Giant‑AIS i czeskiego teamu Husquarna. Chodziło o kwestie finansowe. Żadnego z teamów nie było stać na utrzymanie szesnastu zawodników, a takie były wtedy wymogi dla drużyny Drugiej Dywizji. Drużyny postanowiły połączyć siły. Dla czeskiej strony otworzyły się nowe możliwości, Australijczycy mogli startować dzięki temu w Wyścigu Pokoju. Byliśmy dobrą drużyną!

 

 

Czyli zaczęło się od Wyścigu Pokoju?

 

Tak. Udało mi się go nawet wygrać w 1994 i znalazłem się dzięki temu na szczycie rankingu Challenge Mondial Amateurs prowadzonego przez UCI.

 

 

Miałeś dwadzieścia trzy lata… Dla nas Wyścig Pokoju był bardzo ważny…

 

Dla nas też. Zawsze podobała mi się idea tego wyścigu. Później politycy uczynili z niego narzędzie swojej propagandy, ale tak naprawdę ten wyścig pozwolił odbudować zaufanie między narodami Europy Środkowowschodniej. To było szczególnie ważne dla Niemców, bo nie mieliśmy dobrej sławy po wojnie. Ten wyścig zbliżał nasze narody, pozwalał odnaleźć zrozumienie.

 

 

Polacy zawsze chcieli wygrać z Niemcami…

 

…a Rosjanie byli gdzieś pomiędzy. Pamiętam. Mój ojciec machał ręką na Tour de France. Wyścig Pokoju, o, to było dopiero coś dla niego! Gdybym umiał czarować, chciałbym zgromadzić kilku dawnych zawodników i wystawić ich do walki ze współczesnymi kolarzami. Wziąłbym Ryszarda Szurkowskiego, Siergieja Suchoruczenkowa, Bernarda Hinault, Eddy’ego Merckxa i kazałbym się ścigać z Froomem, Saganem, najmocniejszymi ze współczesnych. To byli niezwykli, bardzo utalentowani sportowcy o niezwykłej charyzmie.

 

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Co było dalej?

 

W jakimś momencie główny czeski sponsor teamu, firma ZVVZ produkująca urządzenia klimatyzacyjne, został zmuszony do ogromnej redukcji zatrudnienia. Świat jest dziwnie urządzony… Amerykański rząd zmusił czeskiego producenta do zaprzestania eksportu urządzeń na Bliski Wschód, gdyż mieli swoje powody, żeby uważać, że czeskie klimatyzatory pracują w irackich zakładach produkujących broń masowego rażenia. Czesi stracili połowę swojego rynku, zwolnili ludzi i wycofali się ze sponsoringu. W ten sposób pociągnęli team za sobą. Przetrwał rok.

 

Dzięki australijskiemu trenerowi udało mi się nawiązać kontakt z francuskim teamem Crédit Agricole. Dostałem u nich kontrakt na rok, za 17 200 euro rocznie, z koniecznością przeprowadzenia się do Francji. Jednocześnie dostałem propozycję dwuletniego kontraktu od małego niemieckiego klubu z Cottbus, za 50 000 euro rocznie, czyli lepsze pieniądze i brak konieczności opuszczania Berlina. Moja żona i ja (nie byliśmy wtedy jeszcze małżeństwem) mieliśmy już dziecko i ona powiedziała: „wybierz to, co ci odpowiada”. Wybrałem Francję. Żona wróciła do rodziców, a ja wrzuciłem moje trzy rowery na dach samochodu, wpakowałem do środka mikrofalówkę, telewizor i resztę mojego niewielkiego dobytku i pojechałem 800 kilometrów na południe. Po roku udało mi się dostać w Crédit Agricole znacznie lepszy kontrakt i życie stało się trochę łatwiejsze. Co nie znaczy, że było łatwo. Pracowałem na mój sukces, niczego nie dostałem za darmo.

 

 

Sądzisz, że dziś jest łatwiej?

 

Tak i nie. Jest łatwiej, bo sprzęt jest lepszy, lepsze są ubrania (pamiętam, jak bardzo marzłem na początku mojej kariery, ciuchy były naprawdę g…ne), wyższe bezpieczeństwo, lepsza organizacja. Z drugiej strony nie ma tego, co znaliśmy z socjalistycznego układu, czyli rządowych pieniędzy. Wszystko zależy od zamożności twoich rodziców. Jeśli ich stać, kupią ci sprzęt i ciuchy, jeśli nie, nigdy nie zostaniesz kolarzem. Poza tym młodzi ludzie w dzisiejszych czasach są leniwi. Wydaje im się, że sukces jest łatwy, że wystarczy nakręcić film na YouTube i pieniądze sypią się z nieba. Mają swoje iPhony od rodziców, mają gdzie mieszkać i co jeść, brakuje im jednak jakiejś desperacji, pragnień. Podsumowując, sprzęt jest obecnie o niebo lepszy, ale młodzieży brakuje świadomości imperatywu podjęcia wysiłku. Gdybym powiedział mojemu synowi – „jeśli przepracujesz solidnie kolejne dziesięć lat, masz szansę na Tour de France” – prawdopodobnie by mnie wyśmiał. Skoro w „Deutschland sucht den Superstar” można po dwóch tygodniach zarobić miliony, po co się starać?

 

 

Muszę o to zapytać… Sporo ludzi pamięta, jak po kraksie w Tour de France ukończyłeś etap na rowerze pożyczonym od jakiegoś dzieciaka. Jak to było?

 

Muszę przyznać, że moje życie było dalekie od zwyczajnego. Kto by się spodziewał ujrzeć żółty dziecięcy rower na trasie Wielkiej Pętli.

 

 

Jak się wtedy czułeś? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Byłeś zły? Czy w tamtym momencie dostrzegałeś komizm tej sytuacji?

 

Przede wszystkim wszystko mnie bolało. Miałem zdarte całe plecy. Nie było mi do śmiechu. Komizm dotarł do mnie później. Tak naprawdę zadziałało coś innego. Rok wcześniej zmuszony byłem wycofać się z TdF ze względu na bardzo poważny wypadek, któremu uległem. I znów miałoby się to powtórzyć? Wypadłem z trasy, mój rower nie nadawał się do jazdy, lekarze zatamowali w końcu krwawienie, ale wszyscy już przejechali. Mój dyrektor sportowy przeoczył moją kraksę, na trasie zostało tylko auto‑sprzątaczka. Ostatni etap w górach i trzy dni jazdy do Paryża. Nie mogłem odpaść w tym momencie! Wiedziałem, że muszę coś wymyślić. I wtedy minął mnie samochód wiozący na dachu rowery jakiegoś młodzieżowego teamu…

 

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Poprosiłeś o rower?

 

Tak. Musiałem ich poprosić, żeby mi jeden pożyczyli. Myśleli, że żartuję. Całą drogę trzymali mnie na minimalny dystans. Rower miał koszyki przy pedałach, był na mnie stanowczo za mały i miał bardzo „niedorosłe” przełożenia: 50 zębów z przodu i chyba tylko 14 z tyłu. Ale prawdopodobnie uznali, że mógłbym mieć na niego chrapkę! Przejechałem na nim piętnaście kilometrów, zanim ktoś z teamu zorientował się, że mnie zgubili. Po piętnastu kilometrach, w miejscu, gdzie zaczynał się kolejny podjazd, czekał na mnie policjant z drugim rowerem. Nikt po mnie nie wrócił, team pracował na Andy’ego Schlecka, który jechał wtedy w żółtej koszulce.

 

 

To wyglądało jak scena z filmu, coś, co nie wydarza się naprawdę.

 

Najlepszy moment tego dnia miał dopiero nastać. Doścignąłem w końcu grupę Marka Cavendisha, wtedy jeżdżącego w teamie HTC (Mark nie przepada za górami). Byli z nim jego teamowi koledzy: Mark Renshaw, Bernhard Eisel, Bert Grabsch. Ta czwórka pokazała tego dnia najwyższą sportową klasę, jakiej doświadczyłem w czasie całej mojej kariery. Ekipa miała za zadanie „dociągnąć” Cavendisha na metę, by ten nie przekroczył limitu czasu etapu i by cztery dni później mógł walczyć o zwycięstwo na Polach Elizejskich. Ryzykując utratę tej możliwości, pozwalali mi odjechać na podjeździe i czekali na mnie za każdym razem, gdy na zjeździe znów mnie dochodzili. Ich dyrektor sportowy wrzeszczał z wściekłości, a oni czekali. Uratowali w ten sposób człowieka z innego teamu! Dociągnęli mnie do mety! Nie dla kamer, nie dla kibiców, bo kamer już wtedy na trasie nie było. Zrobili to, ponieważ należało to zrobić! Tego dnia wygrał Thor Hushovd, mój drużba.

 

 

Ludzie pamiętają cię z twoich ucieczek. Jak to robiłeś? Obserwowałeś rywali i wtedy decydowałeś się na atak, czy wręcz przeciwnie, rzucałeś się do przodu, na nikogo nie patrząc?

 

Tak i tak. Zabawne, że ludzie najlepiej zapamiętują twoje porażki. Wygrałem w życiu 65 wyścigów. Nie ma wielu „niesprinterów”, którzy tego dokonali. Pamiętacie Damiano Cunego i Paolo Bettiniego? Nie byli najgorsi, prawda? Ja sam wygrałem więcej wyścigów niż oni dwaj razem wzięci, ale ludzie i tak pamiętają mnie z ucieczek, a już najbardziej z tych, w których zostałem doścignięty!

 

 

 

 Jens Voigt

 

 

 

 

No więc, jak to się robi?

 

Czasem to po prostu czujesz. Wiesz, że to teraz. Mówi ci to język ciała rywali, zwieszone głowy, szczególny układ ramion. Ale innym razem po prostu ruszałem do przodu, nie interesowało mnie, czy mnie dojdą. Kiedy postanawiałem ruszyć, nic nie mogło mnie zatrzymać. Z czasem robi się to instynktownie, kwestia pewnego zmysłu. Sam schemat ucieczki jest prosty. Trochę oszczędzasz siły, a kiedy przychodzi moment, zbierasz wszystko, co ci zostało, i ruszasz. Koniec, nic więcej. Ale to trzeba czuć.

 

Może trzy razy w mojej karierze zdarzyło się, że wiedziałem tak dobrze, jak będzie, że w mojej głowie wyglądało to jak jakiś teledysk. Ten zjedzie na lewo, ten odpadnie, jak tylko to zobaczy, bo jest wykończony. Ja ruszę, nikt nie ruszy za mną, dojadę do szczytu w 1,5 minuty i wygram. Niektórzy jeżdżą na tętno, waty i cyferki, dla mnie liczy się odczuwanie. Czuję to w trzewiach. Wiele razy zdarzało mi się zapominać czujnika tętna czy miernika mocy. Wychodziłem z teamowego autobusu i uświadamiałem sobie, że go nie mam. I co? I nic. On nie jest do niczego potrzebny. Wiem, kiedy jestem zmęczony – gdy odpadam z peletonu (śmiech).

 

 

Co Jens Voigt myśli o cyferkach?

 

Czasem prowadziliśmy dyskusje nad takimi danymi. Wsiadaliśmy do autobusu i patrzyliśmy na cyferki. O, dobre tętno, dobra moc, poziom regeneracji super. A ja mówiłem wtedy: „To wszystko jest do dupy, ponieważ nikt z nas nie wygrał! Tam była taka biała linia, zauważyliście? Ktoś tam był przed nami!”. Przez ostatnie trzy, cztery lata przed zakończeniem kariery czułem się z tym podejściem jak dinozaur. Nikt już nie jeździ na instynkt. Nie trzeba pamiętać dróg, bo ma się dyrektora, który mówi, że za dwa koma trzy kilometra skręt dziewięćdziesiąt stopni w lewo, jeden koma pięć kilometra podjazdu, nachylenie cztery i pół procent, maksymalnie osiem, wiatr z prawej.

 

Doświadczenie przestało być w kolarstwie potrzebne. Czasami czujesz się jak jakiś ogromny mięsień. Mózg i decyzje podejmowane są gdzie indziej, poza tobą, w jakiejś skodzie czy volkswagenie. Poza tym wyścigi w dzisiejszych czasach są coraz bardziej kontrolowane, nie ma miejsca na ucieczki, tak jak to było kiedyś. Tak naprawdę nie ma już pożytku z kolarzy takich jak ja. Miałem swój czas, dobrze się w niego wpasowałem, ale dziś nie pasuję do kolarstwa. Mógłbym pracować na lidera, ale nie dostałbym już szans na ucieczki.

 

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Czy da się wytrenować ucieczki?

 

Miałem swój konkretny trening. Wybierałem prostą drogę i robiłem minutowy lub kilometrowy sprint na pełnej mocy, po skończeniu zawracałem, dojeżdżałem do początku w około trzy minuty (to był mój odpoczynek) i powtarzałem całą procedurę dziesięć razy. Dlaczego kilometr? Ponieważ tyle trzeba wytrzymać maksymalnego wysiłku, jeśli się ucieka lub jeśli chce się dojść ucieczkę. Dobry, ale bolesny trening.

 

 

18 września 2018 mija czwarta rocznica twojej próby pobicia godzinowego rekordu na torze. Udanej próby. Jak było, długo to planowałeś?

 

Chris Boardman, jeden z moich pierwszych teamowych kolegów i mój pierwszy współlokator, pobił ten rekord w 2000 roku. Byłem wtedy u niego podczas rodzinnych wakacji i przy śniadaniu pomyślałem, że to byłoby wspaniałe zakończenie kariery dla mnie samego. Początek roku 2014, o którym już postanowiłem, że będzie moim ostatnim rokiem zawodowstwa, był kiepski. Nie przetrenowałem zimy tak, jak należało, doskonale wiedziałem, że się obijam, ale nie miałem już do tego serca. W marcu byłem wyraźnie słabszy i czułem się z tym fatalnie. Miałem świadomość, że jeśli w takim stanie będę usiłował się ścigać, ludzie będą gadać za moimi plecami: „o, może kiedyś był dobry, ale teraz się kończy”.

 

Nie chciałem tego. Zwołałem zebranie kryzysowe. Spotkaliśmy się przy jednym stole – ja, moja głowa, moja motywacja i moje nogi. Patrzyliśmy tak na siebie przez chwilę. Nogi twierdziły, że dadzą radę jeszcze sześć miesięcy, po czym się rozpadną. Motywacja była skłonna pociągnąć jeszcze pół roku, pod warunkiem, że potem nie będzie już żadnego bólu. Ustaliliśmy, że pół roku jeszcze wytrzymamy… Po tym spotkaniu wszystko uległo zmianie. Zaczęły się lepsze treningi, przyszło większe skupienie. Już wtedy wiedziałem, że nie pojadę Tour de France. Postanowiłem wykorzystać Tour of Austria na ostatnie przygotowania, w lipcu podjąć próbę pobicia rekordu godzinnego, a po niej odejść na emeryturę.

 

 

Czyli coś pokrzyżowało plany…

 

Wyszło trochę inaczej. Pojechałem dobrze w Critérium du Dauphiné i wystawili mnie do składu na Tour de France. W tamtym czasie podjąłem się testu na welodromie w Roubaix, sprawdziliśmy moje podstawowe parametry, pozycję i od tamtego czasu rozpoczęliśmy pracę nad budową roweru dla mnie. Po zmianach plan rysował się następująco: Tour de France, trzytygodniowy trening na wysokości w Colorado i w ciągu kolejnych dwudziestu dni próba pobicia rekordu. Poza ludźmi z teamu (Trek Factory Racing) nikt nie wiedział o tych planach. Rozmawiałem z Fabianem Cancellarą, który też nosił się z zamiarem podjęcia takiej próby, czy nie będziemy dla siebie nawzajem konkurencją wewnątrz teamu. Cancellara odpuścił.

 

Kiedy pogłoski zaczęły wyciekać, ludzie mówili: „zobaczcie, Jensie znów coś nowego wymyślił, znów niespodzianka”. Podobało mi się to, podobała mi się taka forma mojego odejścia ze sportu, bycie w pełni „działającym” produktem aż do ostatniego dnia mojej gwarancji. Nie wyobrażałem sobie wzięcia jakiegoś małego dwuletniego kontraktu i powolne wygaszanie zdolności do rywalizacji. Rozumiem powody, dla jakich niektórzy tak robią, ale to nie dla mnie. Chciałem być poważany do ostatniego momentu.

 

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Byłeś pewien, że ci się uda?

 

Byłem przygotowany do tej próby. Wiedziałem, że mam duże szanse pobić rekord, ale nie było na to żadnej gwarancji. Gdyby z jakiegoś powodu mój rower rozpadł się w ostatnich pięciu minutach tej próby, nie podjąłbym jej nigdy więcej. Taka była moja decyzja. Nie zamierzałem już nigdy więcej podejmować takiego wysiłku, przeżywać jeszcze raz tego bólu i cierpienia podczas przygotowań. Jakkolwiek by się potoczyło, miał to być mój ostatni wyścig.

 

 

Jak się czułeś w czasie tej ostatniej godziny swojej kariery?

 

Ostatnie dwa okrążenia, kiedy już wiedziałem, że mam rekord, były dziką mieszaniną bardzo silnych emocji… Szczęścia, że się udało, dumy, że moja praca nie poszła na marne, a jednocześnie byłem niewypowiedzianie smutny, że to koniec. Że nie będzie już tysięcy ludzi na Champs Élysées, że skończyły się czasy triumfów, że już nigdy nie będę tak młody, silny, sprawny i zdrowy, jak byłem. Czułem ulgę, że już nigdy więcej nie będę musiał przechodzić przez piekło treningów i będę miał czas dla rodziny. Czułem też jakąś niecierpliwość, co będzie dalej. Miałem za sobą 33 kolarskie lata, do szkoły chodziłem 12 lat, żonaty byłem przez 15… Niczego w życiu nie robiłem tak długo, jak kolarstwa. I nagle, bam! Wszystko znika. Byłem trochę nerwowy… Nie byłem pewien, czy będę miał z czego żyć. Nigdy nie płacono mi takich pieniędzy, jakie płaci się Kwiatkowskiemu czy Saganowi, ale nigdy nie miałem ciężko. Spłaciłem dom, zawsze mieszkałem w Niemczech i tam płaciłem podatki. Nie byłem wolnym strzelcem, który może zamieszkać gdziekolwiek i wieść życie za kilka euro. Miałem dzieci i rodzinę, która na mnie liczyła. W tej mieszaninie uczuć była więc także i presja.

 

 

Mówisz, że masz sporo rowerów. Który lubisz najbardziej? Albo na jakim jeździsz najczęściej?

 

Myślę, że ostatnio to gravel bike. Mam Treka Checkpointa, używam go w mieście. Nie muszę uważać na krawężniki, złą nawierzchnię, po prostu jadę. (Tu zaczynamy się śmiać, bo w redakcji wszyscy wiedzą, że to mój ulubiony rower ostatniego sezonu, naprawdę uniwersalny.) Za chwilę mam dostać nową Madone w jakimś kosmicznym kolorze. To przepiękny rower. Zawsze jeździłem na Madone, pasowała mi. Nigdy nie miałem roweru do podjeżdżania, nie potrzebowałem go. Teraz jeżdżę na poprzedniej Madone, teamowej, krwistoczerwonej. Kiedy jadę gdzieś, ludzie patrzą na mój rower, potem dopiero na mnie. Widzę ich miny: „skąd ten stary facet wziął taki piękny rower?”…

 

 

Jens się śmieje, zaczyna opowiadać o planach na najbliższe miesiące.

 

Pojutrze lecę do domu, na kawę i urodzinowe ciastko z rodziną. Zaraz potem lecę do Stanów na pierwszy Puchar Świata w przełajach. Po nim do Kalifornii na moją imprezę, o której wspominałem. Wracam do domu i w październiku wylatuję do Indii jako ambasador Treka. W listopadzie lecę z Berlina do Perth w Australii, tam spędzam tydzień. Następnie lecę do Miami, a stamtąd, zamykając w dwa tygodnie podróż dookoła świata, wracam do Berlina. W Miami będę prowadził wykłady. To właściwie mój kolejny zawód, wykładowca. W tym roku byłem już trzy dni w Los Angeles właśnie po to.

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

 

O czym są twoje wykłady? O kolarstwie?

 

O, nie! Rzadko są o kolarstwie. Czasem o życiu, motywacji, pracy w zespole. Kiedyś prowadziłem wykład podczas dużej konferencji medycznej. Zabroniono mi mówić o medycynie. Mogłem wybrać temat, jaki mi odpowiada. Mówiłem więc o dorastaniu w NRD… Wykład był w Stanach i ludzie słuchali (i oglądali, bo miałem też slajdy) z otwartymi ustami. Prowadziłem też warsztaty dla bardzo młodego zespołu w nowo powstałej firmie IT. Grupa bardzo inteligentnych indywidualistów, którzy nie potrafili pracować w zespole. Mam spore doświadczenie w tej materii. Przez siedem lat byłem w teamie CSC Bjarne Riisa. Przez lata w kolarstwie, które jest sportem zespołowym, nauczyłem się, czym różni się grupa prowadzona przez jednostkę od rzeczywistego zespołu. Zespół, w którym członkowie mogą na sobie polegać, to wielka siła. Każda sprzeczka, każde starcie buduje siłę zespołu, ponieważ zmusza do przemyślenia indywidualnych strategii.

 

 

Bjarne Riis był znany ze swoich nowatorskich działań na rzecz budowania więzi w zespole. W kolarstwie nikt przed nim nie wymyślał takich rzeczy.

 

Bjarne był zwolennikiem innowacji. Uważał, że jeśli nasz team będzie robił wszystko tak, jak pozostałe drużyny, nigdy nie będziemy w stanie nikogo pokonać. Wolał pójść do przodu, wolał, by inni naśladowali jego, a nie odwrotnie. Bjarne zjawił się w moim życiu w bardzo dobrym momencie. W Crédit Agricole było bezpiecznie. Francuzi hołdowali tradycji, plany były znane na sto lat naprzód. Bjarne nauczył nas życia. Powtarzał zawsze, że dorosłość to wolność i jej konsekwencje. Miałem 32 lata, kiedy podpisałem kontrakt z CSC, byłem już wystarczająco dojrzały, żeby nauki Riisa do mnie trafiły. Mieliśmy tak zwane teambuilding camps. Prowadził je dla nas duński komandos.

 

Wyrzucali nas w środku nocy za burtę półtora kilometra od lądu, osiem osób z trzema kompletami płetw i deską surfingową, i kazali dopłynąć do brzegu… Albo prowadził nas w nocy po lesie, bez jedzenia, o samej wodzie, budził przed świtem i kazał iść dalej. Bjarne chciał zobaczyć, jacy jesteśmy, kiedy jest naprawdę źle, kto pęknie, gdy jest ciężko, kto okaże się liderem, kto zacznie sprawiać kłopoty. Jak w Navy Seals. Najbardziej podobało mi się to, że nocne eskapady, czy inne próby wymyślone przez Bjarne, obejmowały wszystkich członków teamu: dyrektorów sportowych, mechaników, panie z biura… I nikogo nie wolno było zostawić. Pewnej zimnej nocy, podczas jednego z naszych obozów, Fabian Cancellara podzielił się ze mną czekoladą. Nie wiem, skąd ją miał, musiał ją przemycić. Od tamtej chwili byłem gotowy umrzeć za niego na rowerze. Bo kolarstwo to przede wszystkim człowieczeństwo…

 

***

 

Dzień później spotykamy Jensa podczas Jurajskiego Klasyku „Częstochowa Trek Race”. Ściga się wraz z zawodnikami na krótszym dystansie, ale jest też obecny w miasteczku zawodów przed wyścigiem. Rozdaje autografy, pozuje do zdjęć, ogląda stragany, rozmawia z ludźmi, macha do znajomych, śmieje się. Wygląda jak jeden z nas, choć może jako jedyny w tym tłumie noszącym lycrę wie, że niczego nie musi. Powodzenia, Jens! Dzięki za rozmowę.

 

 

 

Jens Voigt

 

 

 

Artykuł ukazała się w TOUR 4/2018

Papierowe wydanie wciąż do nabycia w naszym SKLEPIE

Elektroniczną wersję możecie nabyć w eKiosku

 

 

 

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x