Jaki koniec taki kolejny cały rok? Festive 500 zaliczone!

Kategorie:

To zawsze brzmi niby tak łatwo. 500 kilometrów, 8 dni. Phi! Co to za problem?!? 62,5 kilometra dziennie potrafi przejechać niemal każdy, kto regularnie kręci na rowerze. Przynajmniej wtedy, gdy ma na to ochotę. I świeci słońce i jest ciepło…. No właśnie! Wyzwanie polega na tym, że w naszych warunkach geograficznych Rapha przypada właśnie na ten moment, gdy pogoda niekoniecznie chce współpracować. A wystarczy odrobiną konsekwencji. Przynajmniej teoretycznie. Jak poszło tym razem? Doskonale, ale nie odbyło się bez drobnych przeszkód. 

 

Mniejsze i większe doświadczenie

 

Co mogło pójść nie tak? Z Kasią umówiliśmy się, że spróbujemy część przejechać razem (lepiej bo weselej), w dodatku na gravelach (gorzej, bo wolniej). Dla niej to była pierwsza Rapha w ogóle, dla mnie czwarta pod rząd. Tyle, że moja wspólniczka w ogóle zaczęła jeździć na rowerze więcej w tym roku…. Z jakiegoś dziwnego powodu nie obawiałem się o jej wydolność – widziałem wcześniejsze jazdy na Stravie ze Zwifta – dosłownie dwa dni wcześniej przejechaliśmy kawałek po wrocławskich wałach razem. Uff. Da radę! Tylko czy ja dam?

 

Dzień 1

 

Wigilia – plan prosty ponownie, jeździmy rano. I zaczynamy od…. kichy na pierwszym kilometrze, na wałach. W pancernych oponach 45 mm Pirelli! Na szczęście mleko po dopompowaniu zadziałało i można było już zmodyfikowaną pętelkę przejechać. Dookoła Wrocławia warunki były o tyle sprzyjające, że było ciepło, choć wiało. Zrobiliśmy 70 km. Potem szybkie pakowanie i rozjazd do rodzin w różnych kierunkach.

 

 

Nie zabrakło atrakcji, w postaci mokrych dróg i wody lecącej na plecy

 

 

Wału szutrowe po deszczu to oczywiście idealne środowisko testowe do rozwijania maksymalnych prędkości 😉

 

 

Podobnie jak bruk!

 

Dzień 2

 

Przedmieścia Białegostoku i… Zwift, bo druga część spółki robiła Raphę hybrydowo. Wiadomo – Święta mają swoje prawa, nie zawsze jest łatwo wyjść na zewnątrz. Ja zrobiłem 66, druga część teamu 60 km. Podlasie ma swoje uroki – na dole droga do Rybnik, koło Mostka.

 

 

Dzień 3

 

Podział „obowiązków” podobny – ja na zewnątrz, moja wspólniczka pod dachem. Dla mnie był jednak wyjątkowy, bo tego dnia pojechałem nad… Morze, by spotkać się z Kamilą. Dosłownie w pół godziny po tym, jak wymyśliłem swoją rundę, napisała do mnie, że wybiera się nad to samo Morze, leżące pod Hajnówką. Dla niej był to plan realizacji wyzwania Morze 500 – 500 km nad morze w 2 dni. Dla mnie okazja do spotkania! I tak pękło 95 km, przy okazji mogliśmy pogadać. Wyjechałem Kamili na przeciw, potem dojechaliśmy razem do Suraża.

 

 

Spotkaliśmy się dosłownie nad Morzem – przynajmniej na mapie

 

 

Potem mokry śnieg przestał padać, więc dotoczyliśmy się do Suraża. Kamila tego dnia zrobiła 238 km, kolejnego dokręciła kolejne!

 

 

Raphę 500 dostała więc w gratisie 😉

 

Dzień 4

 

Lekko przegoniłem drugą część Raphowego teamu, więc kolejnego dnia zrobiłem mniej kilometrów, zakładając że ze względów praktycznych będzie to wygodniejsze pod kątem kolejnych dni. Tym razem, jeszcze pod Białymstokiem, wpadło 35 km, po ulubionych i dobrze mi znanych ścieżkach. Kasia dokręciła około 50 kilometrów już we Wrocławiu.

 

 

Dzień 5

 

No coż, prognoza byla jaka była, to znaczy nie do końca określona. Zakreśliłem więc plan trasy taki, by jak najwięcej jechać po asfalcie. Ale i tak najgorszy był wiatr! Klasyczny „w mordę wind”, przy którym kilometrów nie chciało nijak ubywać. Ale za to trasa wypadła zacna, na zachód od Wrocławia, całość liczyła zgodnie z planem 65 km

 

 

W tym momencie było jeszcze daleko do końca…

 

 

Na szczęście końcówka już była z wiatrem

 

Dzień 5

 

Jak już człowiek jest konsekwentny, to… jest konsekwentny. Trasa rozrysowana była tak, by zaliczyć kolejne parki i zamki – śladami Gravel Attack. A że w myślach pojawił się już ambitny plan by dnia kolejnego przejechać więcej kilometrów, tym razem padło ich „tylko” 53. Za to w jakiej scenerii! Oczywiście tempo zostało odpowiednio dostosowane do gravelowych warunków

 

 

Było błoto, liście i lekkie błądzenie…

 

 

Ale trudno było narzekać na warunki zewnętrzne – nie wiało!

 

 

Choć jazda momentami płynna znów nie była 😉

 

Dzień 7

 

Jak najlepiej zakończyć Raphę? Oczywiście z przytupem! Przed dniem 7 brakowało mi 114 km, Kasi około 100, bo kilkanaście dokręciła jeszcze poprzedniego dnia jeżdżąc po mieście. Wyrysowałem więc na Komoocie trasę liczącą 115 kilometrów, która była w stanie zamknąć temat. I pojechaliśmy. Oczywiście konsekwentnie na gravelach, choć sama trasa w 90 % prowadziła po asfalcie. Tak się składa, że część Kolej na Rower widziałem już wcześniej, to był chytry plan na dokręcenie kilometrów. W sumie tego dniach zrobiliśmy 116 km!

 

 

Pokonaliśmy całą trasę ścieżki – od Stypułowa, gdzie o 9 rano asfalt pokryty był jeszcze szronem…

 

 

Przez Nową Sól – to akurat dojazdówka, sama Nowa Sól to… przebitka przez miasto wąskimi chodnikami. Szkoda że nie ma objazdu!

 

 

Był i przepiękny most w miejscowości Stany – niegdyś kolejowy, dziś rowerowy

 

 

Oraz dodatkowe atrakcje, w postaci niekończących się prostych. Przy odczuwalnej -4 momentami niekoniecznie nas one cieszyły!

 

 

Ale nie brakowało też innych zdziwień, takich jak te stado łabędzi na łące. Dlaczego tu?!?

 

Na mecie

 

Z powrotem do Stypułowa dojechaliśmy szczęśliwi. I zmęczeni. I odwodnieni. Kasia niemal pomyliła zaparkowane samochody… Ja szczerze mówiąc ciągnąłem także już na oparach, jednak 4:30 w siodle bez przerwy zimą potrafi zmęczyć. Tradycyjnie zimą nie bardzo chce się pić, człowiek mniej je, o błędy jest łatwiej. Satysfakcja, jaką jednak odczuwa się na mecie, jest przepiękna, więc za każdym razem gdy tylko skończę Raphę myślę o tym, że za rok będę chciał to zrobić znów.

 

Dlaczego? No właśnie, to dobre pytanie! Dotąd nie wiem, jak zrobiła to moja współtowarzyszka. Z jej niewielkim doświadczeniem i ilością kilometrów w nogach. Przyznawała mi się niekiedy po czasie, że było ciężko, że zimno i że generalnie morale bywało w gruzach. A mimo wszystko parła do przodu. Szacun!

 

Zawsze jest kolejna szansa, jeśli więc nie udało się wam w tym roku, będzie kolejny!

 

Zamykamy stary rok, otwieramy nowy, a z nim nowe możliwości 🙂

 

 

 

 

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu:
Zdjęcia:
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x