IstraLaLaLand, czyli bikepacking dookoła Istrii

Kategorie:

Katarzyna Jasińska
Katarzyna Jasińska
Jeździ w siodle od zawsze. Głównie tym konnym. Od kilku lat odkrywa jak bikepacking jest bliski tułaczce po świecie na koniach. Czuły obserwator ludzi, zwierząt i miejsc. Mimo, że nie znosi słowa "sztos" i nie lubi cebuli, doskonale odnajduje się w gravelowym podróżowaniu.

Filmowy La La Land, to brawurowy musical łączący w sobie kilka różnych gatunków. Od baśni, poprzez kameralną historię uczuciową, po śpiewane teksty. Dało się! I nam się też udało! Taka właśnie, czyli różnobarwna była trasa inspirowana wyścigiem Istraland Bikepacking Adventure, czyli nasza Istra LaLaLand.


Istria to idealne miejsce na bikepacking na koniec kwietnia i początek maja. Jeszcze przed sezonem, ale już na tyle ciepło i stabilnie pogodowo, że można bez obaw planować spanie w hamakach. Zawarliśmy pakt z organizatorami wyścigu Istraland (no bo kto może wiedzieć więcej na temat najlepszych gravelowych tras na Istrii, niż sami lokalesi). Nasz przedpremierowy przejazd inspirowany trasą wyścigu miał być sprawdzianem, czy Istria to dobre miejsce na gravela. Zrobiliśmy to jednak w wakacyjnym trybie. Nigdzie się nie spiesząc, sycąc oczy widokami, żołądki lokalnymi przysmakami i świetnie się przy tym bawiąc.

Wyścigowe trasy i wakacyjny bikepacking? Brzmi, jak mission impossible?! A jednak!

Ale od początku.

Dzień 1 – Słowenia, Włochy i znowu Słowenia

Oryginalnie start wyścigu Istraland zaczyna się na Słowenii w miasteczku Sezana. Nasz nocleg w dzień poprzedzający rozpoczęcie przygody był w Dane, więc mamy kilka dodatkowych kilometrów do linii startu. Jesteśmy podekscytowani jak małe dzieci, jadące na kolonie. Ostatnie internety, ładujemy mapę i hey przygodo! Średnio planowaliśmy przejeżdżać 60 km., mieliśmy bowiem przed sobą trasę długości ok. 480 km i 7 dni urlopu. 

Start wycieczki wita nas szerokim szutrowym duktem pomiędzy zielonymi od wiosny drzewami. Całkiem miło, choć robi się coraz chłodniej, a chmury wykradają słońce kawałek po kawałeczku. No cóż! Majówka nigdy nie była dla nas łaskawa. Wpadamy z deszczem na plecach do małej włoskiej mieściny Basovizza. Po wypiciu espresso, ryzykownie decydujemy się ruszyć dalej, ale pogoda nas zagania na pobliski przystanek. Minuta po minucie, minki nam opadają, układając się w podkuwkę.

Przemoknąć w pierwszy dzień, gdy wieziemy cały dobytek w bikepackingowych torbach, łącznie z łóżkiem w postaci hamaków, oznacza spanie w wodnym łóżku, śmierdzącym stęchlizną śpiworze i w mokrych ciuchach. Horroru w La La Land nie grali! W chwilę okna pogodowego decydujemy się wyruszyć dalej. Nie jesteśmy nawet w połowie trasy zaplanowanej na pierwszy dzień. Plan, dojechać do Podgorje. 

Plany planami, a pogoda pogodą. Przez góry docieramy ponownie do Słowenii, gdzie rozpoczyna się regularna ulewa, zapowiadana prognozami do samego rana. Dziś hamaków nie będzie. O tym miejscu, na którym wylądowaliśmy na szczęście Ponbóczek nie zapomniał. Od Schronienia w Gostilnie Pod Slavnikom dzieli nas 600 metrów. Dojeżdżamy na miejsce w ścianie deszczu. W nocy grad i wichura, a my z pełnymi brzuchami pod pierzyną, suszymy mokre ciuchy i buty niegodnym bikepackersa wynalazkiem – suszarką.

Dzień 2 – Chorwacja w górach… to skomplikowane

Wstajemy wcześnie rano. Stan pogodowy, zimno ale nie pada. Szybkie śniadanko, kawka, winko i start o 8:00. Mamy ok. 25 km do nadrobienia z dnia wczorajszego.

Niewiele pedałowania i niepostrzeżenie przekraczamy granicę. Chorwacja! Wino, muzyka i dobra pogoda. Takie obietnice składają na folderach biur podróży. Cały czas lekko pod górę ale asfalt, nawet w opustoszałych górskich wsiach. Jelovice zachwyca i smuci za razem. Mała wioseczka, która przycupnęła w otulinie gór, o charakterystycznej chorwackiej zabudowie z kamienia. Jest wszystko: studnia, kościółek i cisza hulająca w pustych ścianach i dziurawych dachach. Czasy świetności jeśli kiedyś były, minęły bezpowrotnie. Kolejna na drodze, Dane. W 2011 roku liczyła 9 mieszkańców. Nawet porządnego meczu piłki nożnej nie da się rozegrać. Nabierając rozpędu omijamy kolejne wsie. Szybka jazda po starej trasie linii kolejowej, daje nam odetchnąć dzięki zrównoważonym procentowo podjazdom.

Wjeżdżamy w obszar Parku Przyrody Ućka. Szutrowe drogi, między skalnymi korytarzami, soczysta zieleń drzew, to brzmi jak baja. Szybki obiad, gdzieś między konarami powalonych drzew. Szef kuchni serwuje palnikowe fizjolaty torebkowe i kawę, czarną oczywiście. Teraz, w drugiej połowie dnia został już tylko najlepszy kąsek, podjazd na Vojaka 1401 m n.p.m.  Ponieważ czas nas goni, postanawiamy (na moje szczęście) ominąć kluczową ścianę podjazdu. Trzeba jeszcze poszukać miejsca na biwak. Klucząc po okolicznych miejscówkach miasteczka Sumber, znajdujemy zakątek idealny. Winnica! Ten kto spał w hamakach, wie, że hamaki, to nie jest prosta sprawa. Wybór pada na malutką winnicę. W spaniu w winoroślach mamy już pewną wprawę. 

Winko i dobranoc.

Dzień 3 – nareszcie wakacje!

Rano budzi nas słoneczko. Ładujemy powerbanki panelem solarnym. Kawka, winko i w drogę. 

Początek trasy okazuje się być katastrofą. Musieliśmy zjechać do koryta rzeki, przy której pierwotnie mieliśmy spać. Droga okazała się być rozrzuconymi luźno kamieniami. Iść było trudno, a dopiero co jechać. Status: tempo żółwia, prowadzenie rowerów i kilka upadków. Trudna miłość. Potem już prosto do cudownej doliny. Z jednej strony przystrojonej szutrową ścieżką, którą przyjechaliśmy, a z drugiej wijącą się rzeką Rasia, nad brzegiem której pasły się konie i osły. Obrazek jak ze szwajcarskiego landszaftu. A to dopiero zapowiedź przyszłych uciech.

Po przejechaniu płaskiej części obok koryta rzeki, obsianego zbożami i trawami, trafiamy na wymarzoną, bialutką ścieżkę rowerową wzdłuż dopływu lazurowej rzeki do morza. Ależ to była baja. Same ochy i achy. I znów trochę jak dzieci, tym razem w wesołym miasteczku. Góra i dół i znów góra, uśmiechy nie schodziły nam z twarzyczek, co zaowocowało milionem zdjęć. Robimy chwilę postoju na plaży i wyciągamy kremy z filtrem. Tak! Wreszcie po tym słoweńskim zimnie i włoskim deszczu, czujemy wakajki. Miło jest wystawić twarz do słońca i zachwycać się lazurem wody, patrząc na połowy krewetek. Można by już tam zostać, leniwie, niespiesznie ale komu w drogę, temu czas, a przed ani jeszcze spory kawałek. Plan na dziś, dotrzeć do morza na nocowanie.

Po kolejnych tysiącach zakrętów białych, szutrowych ścieżynek, stajemy na obiad w miasteczku Krnica. Cień, chłód, spokojny rytm życia, pozwala na pełny relaks. Z pełnymi brzuchami docieramy na nocleg w zatoce Kale. Miejsce wymarzone do spania pod chmurką. Nawet mamy już wywieszone linki na pranie po poprzednich bywalcach. Widać, że w sezonie to spokojne dziś miejsce, zamienia się w mordor pełny wszystkiego, włączając w to tonę śmieci. Na szczęście ten skrawek nieba, mamy dziś tylko dla siebie.

Dzień 4 – Premantura Kamenjak czyli gravelowe złoto

Kto rano wstaje…W takich okolicznościach natury szkoda tracić czas na spanie. Zażywamy ożywczej, porannej kąpieli w morzu, potem śniadanko, milion zdjęć i zbieramy nasz przenośny domek. 

Nie można powiedzieć, że się było na Istrii, bez odwiedzin w kultowym rezerwacie Premantura Kamenjak.

To tak, jakby być we Francji i nie odwiedzić Luwru. Tylko tu, ten Luwr, stworzyła natura, wciskając w morze swój pas lądu o nieregularnej linii brzegowej, nakrapiany licznymi plażami, zatokami i klifami. W takich miejscach czuć rękę czegoś większego niż my, jakkolwiek go nie nazwiemy. Objeżdżamy półwysep idealnie białymi, szutrowymi drogami. Gdzie nigdzie przystajemy, by porobić zdjęcia, z których można założyć katalog pod tytułem „Sztos”.  

Cali oblepieni białym kurzem docieramy do największego miasta na Istrii, Puli. Miasto zbudowane na siedmiu wzgórzach, co z pewnością dodaje mu uroku. Widać tu włoski klimat. Wąskie, kręte uliczki, korytarze z prześwitem na żaglówki lub prowadzące na główny plac. Przejeżdżamy przez łuk triumfalny Sergiusza wzniesiony w 29-27 w.p.n.e. podziwiając kolorową zabudowę kamienic. Kręcimy dalej wzdłuż wybrzeża oglądając tu i ówdzie prace przygotowujące do sezonu. Czuć nadchodzącą eksplozję turystów. Mamy szczęcie, że wybraliśmy okres poza sezonem.

Kolejna atrakcja przed nami, miasto Rovinj, podobno najpiękniejsze na półwyspie. To też nasz cel na dziś. Miasto zwane chorwacką Wenecją, faktycznie budzi zachwyt. Brukowane uliczki, mnóstwo knajpek, targ. Plan spania na plaży leży jednak w gruzach. Niestety w najbliższej okolicy są tylko plaże w parkach z zamykanymi na klucz bramami. Miasta, to słaby punkt dla miłośników bikepackingu.

Dzień 5 – pogoda mówi „NARA”

Kluczymy dalej wzdłuż wybrzeża, wyżej i wyżej na północ. Czuć już, że wracamy, bo wakacyjna pogoda mówi nam „pa pa” lekko nas zraszając. Jeszcze ciągle w miejskim otoczeniu miast, kurortów i riwier, ale już za chwilę docieramy do miasta Poreć, które otwiera kultową trasę po dawnej kolei wąskotorowej, zwanej Parenzaną. Ta trasa, to wymożona droga dla osób lubiących zdecydowanie ciszę i dzicz. Kilometry drogi traktu kolejowego ciągną się między wzgórzami. Jedziemy poprzez wzniesienia, mijamy miasteczka położone na wzgórzach, winnice, lasy, wiadukty, mosty, przejeżdżamy przez tunele. Towarzyszy nam ponure niebo, mżawka i mgła. W tym jednak wypadku, taka pogoda nadaje trasie nutkę tajemniczości i niepowtarzalnego klimatu niczym z londyńskiego dreszczowca. Znajdujemy drewnianą wiatę z widokiem na zasypiającą powoli wieś Brkać po drugiej stronie na wzgórzu. 

Ciekawe jak będzie wyglądać wschód w takich okolicznościach natury i widoku.

Dzień 6 – Parenzana

Wschodu ani widu ani słychu z dwóch powodów. Po pierwsze, jest mgła i aura przypomina tą z wczoraj. Po drugie, zaspaliśmy! Mocno wtuleni w śpiworki, gdzie ciepło, a dzięki wiacie i sucho. 

Zbieramy obozowy barłóg i jedziemy zwiedzić Motovun. Cudowne miasteczko, które słynie z pięknej zabudowy z czasów średniowiecza, włoskiego klimatu, cudownych widoków i trufli. Motovun to labirynt wąskich, brukowanych uliczek, urokliwych zakątków i panoramy w postaci otulających miasto gajów oliwnych. Przejazd pustymi, cichymi uliczkami był relaksującym doświadczeniem. Zachęceni wzrostem endorfin, wypatrujemy kolejnej atrakcji.

Parenzana kręci nami jak rura zjeżdżalni w TatraLaLandii. Po co te drogie ciuszki rowerowe? Praktyczniejszy byłby strój płetwonurka. Kolejny port na naszej rowerowej mapie, to Groźnjian znane jako miasto artystów. Mniejsze niż Motovun i dla nas znacznie bardziej urokliwe. Wodzimy oczyma po domach, architekturze, wdychamy artystyczną duszę tego miejsca wypełnionego galeriami, muzyką, kawiarniami. Ciąg dalszy przyjemności odbyliśmy w urokliwej knajpce, gdzie jak przystało na tą porę roku, zdjęliśmy rozgrzewającą zupkę, może i z truflami z Motovun. Noga w pedał i kręcimy już w nieco lepszej pogodzie, ktoś zakręcił wodę w zjeżdżalni, na szczęcie.

Prenzana prowadzi wprost do granicy Słowenii, gdzie zatrzymujemy się na półwyspie Piran. Miasto przypomina włoską Wenecję. Och te romantyczne Włochy! Są wszędzie. Zasiadamy w barze z widokiem na port, mokrzy, ubłocenie i szczęśliwi, że możemy posiedzieć w suchym, z kocykiem i podgrzewaczem na nogach. Słoweńcy umiom w maju rozgrzewać turystów. Winko, piwko, potem wieczorna kolacja. Wszystkie uciech miasta stoją przed nami otworem.

Dzień 7 – Wielka ucieczka

Ostatni dzień należy zatytułować „Wielka ucieczka”. Uciekaliśmy przed deszczem ma się rozumieć, choć z góry zwycięzca był znany. Tylko początek drogi, na starcie, obszedł się z nami po suchemu. Doga prowadziła nas wzdłuż wybrzeża asfaltową ścieżką rowerową, co pozwoliło nam szybko dotrzeć do granicy Włoch. Ze względu na stały opad zdecydowaliśmy się kontynuować trasę omijając bokiem nawet Triest. Zatrzymujemy się tylko momentami w tunelach, by przeschnąć, z nadzieją wypatrując koniec tej deszczowej zarazy. Niestety na miejsce końca, gdzie zaczęliśmy naszą przygodę, dojeżdżamy będąc zupełnie przemoczeni. Z dwojga złego, lepiej na końcu wakacji, niż na ich początku (sic!).

Podsumowanie

Finalnie przejechaliśmy 486 kilometrów i 5740 metrów pod górę. Mocno inspirowaliśmy się trasą wyścigu, ale śmiało modyfikowaliśmy trasę dostosowując ją do specyfiki wakacyjnego bikepackingu. Między innymi dłużej pozostaliśmy na zachodnim wybrzeżu półwyspu, aby jak najwięcej skorzystać z wakacyjnej pogody. Sama trasa, to kawał dobrej gravelowej przygody. Nie jest łatwa (odcinki górskie z mocnym gruzem), ma też zaskakująco trudne techniczne odcinki wzdłuż skalistego wybrzeża, ale odwdzięcza się niesamowitą różnorodnością półwyspu. Od wysokich i mglistych gór na północy, przez piękną, śródziemnomorską część na południu.

Jeśli dodać, że logistyka dojazdu na start z Polski, jest banalnie prosta – 99% drogi do Sezany na Słowenii, to autostrady. To łaknący przygód polscy ultrasi, powinni rozważyć start w tej imprezie. Pierwsza edycja Istraland odbędzie się 30 września 2022, jednak zapisy są już zamknięte. Śledźcie jednak uważnie kalendarz na 2023!


Poniższa kolekcja przedstawia trasę jaką pokonaliśmy podczas bikepackingowego objazdu Istraland. NIE jest oficjalnym trackiem wyścigu.


4.7 15 votes
Oceń artykuł
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Czytaj dalej

Podobne artykułu

0
Would love your thoughts, please comment.x