Gravel Man Rasputin na styku czterech kultur

Kategorie:

Jeśli ktoś, tak jak ja, pochodzi z Białegostoku i Podlasie ma we krwi, a mimo tego czuje się jak odkrywca, widząc nowe miejsca, to znak, że dzieje się coś specjalnego. Może również dlatego, że pierwszy raz od dawna tego dnia widziałem śnieg?

Gravel Man, nowe dzieło Grzegorza Golonki, twórcy takich kultowych imprez, jak cykl MTB Marathon czy etapówki Sudety MTB Challenge i MTB Trophy. Grzegorz ma również na koncie imprezy szosowe i triathlonowe. Spokojnie można powiedzieć, że na organizowaniu wyścigów zjadł zęby. Najświeższy cykl imprez po szutrach, jaki powołał do życia, pozwala mu łączyć zdobyte doświadczenia, a przy okazji tchnąć w organizacyjną rutynę nowego ducha. Być może dlatego, gdy o świcie w Warszawie, w listopadowy poranek, wsiadaliśmy do samochodu, entuzjazm był trudny do opanowania. Witaj, przygodo! Kierunek Supraśl, w prognozie lekki mróz, bez opadów. Idealnie. Nasza trójka w gotowości. Jeśli rzadko jeździcie na Podlasie, podpowiadamy – odkąd w ubiegłym roku skończono trasę S8, połączenie z resztą Polski jest wygodne, przynajmniej z zachodu. Do Supraśla dotarliśmy po 2,5 godzinie, pokonując ponad 200 kilometrów.

Supraśl

To tutaj 15 maja 2021 roku wystartuje pierwsza, inaugurująca impreza cyklu Gravel Man, kryjąca się pod nazwą Rasputin. „Trasa będzie przebiegała w otulinie trzech parków narodowych: Białowieskiego, Biebrzańskiego i Narwiańskiego. To wciąż dzikie, czyste i zachowujące swoje tajemnice obszary kraju” – brzmi oficjalna zapowiedź imprezy. Może i górnolotna, ale nie jest specjalnie przesadzona. Podlasie to kraina na styku czterech kultur, jedyne miejsce w Polsce, gdzie mieszają się wpływy prawosławia, katolicyzmu i islamu oraz wyznania Mojżeszowego. Miejsce, gdzie obok siebie potrafią stać kościół, cerkiew i synagoga, i gdzie można odwiedzić czynny muzułmański cmentarz. Dlatego przejechanie trasy Gravel Mana w tempie wyścigowym jest tylko jedną z propozycji, nie mniej odkrywcze może być jej pokonanie własnym, spokojniejszym tempem po to, by zobaczyć jeszcze więcej.
Od Supraśla więc zaczęliśmy. Najdziwniejsze, a może najwspanialsze w tej okolicy jest, że błyskawicznie pozwala poczuć się, jakbyśmy byli w samym środku puszczy. Wystarczy odwrócić się tyłem do Prawosławnego Monasteru Zwiastowania, błyszczącego bielą w słońcu na wysokim brzegu rzeki Supraśl, by wzdłuż jej meandrów, pośród podmokłych łąk, szutrową drogą dotrzeć do kładki. Po jej przekroczeniu zapuszczacie się w krainę Gór Krzemiennych, jedną z niespodzianek Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Tutejsze podjazdy potrafią zaboleć. Tędy będą prowadziły ostatnie kilometry trasy do finiszu w Supraślu. Po starcie amatorzy graveli wystrzelą jednak w kierunku Cieliczanki, po drugiej stronie rzeki. Po kilku kilometrach asfaltu nastąpi zaznajomienie z puszczańskimi szutrami, a te mają, w zależności od humoru, właściwości aksamitu albo ostrość saharyjskiej tarki. Podobnych atrakcji można się spodziewać na całej długości trasy! A wedle organizatora wyścigu aż 90% to właśnie szutry!

Michałowo

Dirty Kanza, dziś już pod zmienioną nazwą Unbound Gravel, to kultowa impreza wśród fanów ścigania po szutrach. Do tej tradycji nawiązuje określenie dystansów Gravel Mana w milach. Wspomniany amerykański wyścig rozgrywany jest w Kansas od 2006 roku. W przypadku Gravel Mana standardowo do wyboru będzie więc: 50, 100 lub 150 mil, czyli ok. 80, 150 i 220 kilometrów. Jadąc po trasie trafiliśmy do Michałowa, gdzie czeka zupełnie nietypowa atrakcja – pierwsza w Polsce szkoła disco polo! Nie wierzycie? Sprawdźcie! Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „szkoła Michałowo”. Klasę o kierunku „disco polo” stworzono tu z powodów prozaicznych, wcześniej liceum nie miało zbyt wielu chętnych. Po ogłoszeniu pierwszego naboru zgłosiło się 27 osób! Placówka stała się sławna i chyba trochę pomogło jej to w przetrwaniu. A na pewno ściągnęło nas w te okolice. Kamila, widząc afisz na szkole, zaśpiewała „Majteczki w kropeczki”, a my przez dłuższą chwilę zastanawialiśmy się, jak wygląda lista przedmiotów. Charakterystyczny sposób śpiewania, styl ubierania? Swoją drogą miło byłoby na trasie usłyszeć któryś z tutejszych przebojów. Szybkim, równym rytmem na pewno nie przeszkadzałby w pedałowaniu!

Odrynki

Skit Odrynki na całej trasie zaskoczył mnie chyba najbardziej. Słyszeliście wcześniej słowo „skit”? Wikipedia podpowiada: „Skit (od koptyjskiego: ϣⲓ(ϩ)ⲏⲧ – droga, przeszło do greckiego jako σκήτη – skete lub we współczesnej wymowie greckiej skiti) – odosobniona budowla, pustelnia dla mnichów pragnących prowadzić surowsze niż w monastyrach życie. Tym słowem określano także egipską kolebkę życia monastycznego – Wadi an-Natrun”. Nam skojarzyło się z potocznym słowem „skitrać”, czyli ukryć, schować (a także ukraść). Prawosławną pustelnię w Odrynkach peleton Gravel Mana mija na swojej trasie, by przekroczyć następną rzekę kolejną kładką. Poza tłem w postaci złotych wież kładka będzie jednym z gwoździ programu… Trudno nazwać ją stabilną. Gdybyście próbowali przejechać, odradzam! Choć z drugiej strony w maju rzeka powinna być już przynajmniej ciepława!

Podlaskie morze

Gdzieś tam, zostawiając po drodze legalną rozlewnię bimbru w Starym Lewkowie (sprawdźcie adres: oldpolishvodka.pl), gdzie bufet byłby niewskazany, zataczamy łuk, by dotrzeć nad Zalew Siemianówka. To trzeci co do wielkości zbiornik w Polsce, o powierzchni ponad 32 kilometrów kwadratowych. Na zamarzniętym jeziorze kręcono tu część scen „Opowieści z Narnii”. O rozmiarze niech świadczy fakt, że stojąc na zaporze, rzeczywiście nie sposób dostrzec drugiego brzegu. Podczas budowy zalano kilka okolicznych wsi, ale spiętrzenie rzeki Narwi nie przyniosło spodziewanych efektów, np. takich, jak zapas wody dla Białegostoku. Pojemność zbiornika jest zdecydowanie mniejsza, niż zakładano. Powstał za to atrakcyjny obiekt turystyczny i wypoczynkowy. To także raj dla wędkarzy, a jeśli w maju będzie ciepło, nie zabraknie pewnie chętnych do kąpieli. Zbiornik jest płytki, a trasa biegnie obok plaży! Przy okazji to również raj dla ornitologów, gdybyście planowali zatrzymać się na dłużej. W okolicach Bondar nie powinno być z tym problemów. Obok Siemianówki jest most kolejowy, malowniczo przecinający zalew, ale prowadzący donikąd (czytaj: na Białoruś). To propozycja dla fanów mocniejszych atrakcji.

Kruszyniany

Kolejne kilkadziesiąt kilometrów trasa prowadzić będzie przez szutry i lasy. I szutry i lasy, i lasy. Niemal bez końca. Mapa wygląda jak wielka zielona plama, przecinana tylko raz szerszą drogą na Bobrowniki, by wychynąć dopiero w Kruszynianach. Tu aż głupio się spieszyć. Uwaga, podczas wyścigu będzie w tym miejscu bufet. Na pewno zabraknie jednak czasu, by wpaść do Tatarskiej Jurty (kruszyniany.pl), gdzie pani Dżaneta Bogdanowicz serwuje regionalne dania. To kuchnia z pogranicza, do potraw przyznaje się co najmniej kilka nacji. My w ramach rekonesansu musieliśmy w końcu zrobić postój, traf chciał, że akurat w Jurcie. Tatarskie pierekaczewniki (coś w rodzaju lazanii) i kartoflaniki (bezmięsne pierogi) zagryźliśmy domową chałwą. Pycha! Niemal naprzeciwko czeka drewniany, zielony meczet, a za nim miejscowy cmentarz. Jeśli będziecie startować w wyścigu, warto zaplanować wypad tak, by móc tu zajrzeć na spokojnie i na dłużej. A najlepiej całą trasę przejechać powoli, smakując wszystkie atrakcje. 220 kilometrów (tyle mierzy trasa, którą podsuwamy na końcu) można podzielić na dwa, czy trzy dni. Wiosną czy latem będzie to prawdziwa uczta.

Krynki

Tuż za Kruszynianami wpadliśmy, i to dosłownie, na stado łosi. Cztery gigantyczne zwierzaki majestatycznie przekroczyły szosę, niewiele sobie robiąc z naszej obecności. Podobnych spotkań na trasie będzie zapewne więcej, w puszczy można też spotkać żubry. To tu, jeżdżąc po lasach, spotkałem turystów, którzy na pytanie: „czy widzieli państwo sarny?”, ponieważ chwilę wcześniej wpadłem na całe stado, odpowiedzieli: „a widział pan dziki?”.
Następnym przystankiem były Krynki, gdzie dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Wiedzieliście, że między Krynkami a np. Wrocławiem różnica czasu, w którym 29 listopada zapada zmrok, wynosi aż 45 minut? Koło 15.00 widać już było, że wkrótce zrobi się naprawdę ciemno. Rzuciliśmy więc tylko okiem na ruiny jednej synagogi i objechaliśmy kolejną, zwaną Kaukaską, a następnie popędziliśmy do Kopnej Góry. Miejscowe arboretum to również interesująca atrakcja. Zaskoczył nas trochę znak „Uwaga wilki!”. Tak, tak, może znajdą się na waszej trasie, ale ominą ludzi z daleka.

Mało!

Mimo całego dnia „zwiedzania” wciąż czułem niedosyt, umówiliśmy się więc na wiosnę, gdy dzień będzie dłuższy, że objedziemy całość trasy. Teoretycznie jest to do zrobienia w 12 godzin, zresztą zgodnie z założeniem wyścigu, który ma trwać „od zmierzchu do świtu”. A może będą dwa dni? Jeśli zajedziemy do Lewkowa na zwiedzanie i degustację, może się okazać, że na Podlasiu zostaniemy na dłużej. Tak trzeba żyć!

Więcej o tej i kolejnych edycjach Gravel Mana znajdziecie na stronie organizatora: gravel-man.pl

Chcecie powtórzyć trasę Gravel Mana Rasputin w maksymalnej wersji? Znajdziecie ją pod tym linkiem!

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu:
Zdjęcia:
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x