Gravel Attack 3 x TAK!

Kategorie:

Dlaczego? Patrzyłem na rower, jęczący w mokrym piachu i zastanawiałem się, za jakie grzech brnę w tym deszczu. Za grzechy jeszcze przyjdzie mi odpokutować, rower nadal stoi nieumyty, ale już wiem, że wrócę na kolejną edycję Gravel Attack. Ekipa, która go robi, jak zwykle – chciałoby się powiedzieć – stanęła na wysokości zadania.

Organizatorzy Gravel Attack na prezdenta!

Istnieje, albo i nie, coś takiego jak dowód anegdotyczny. Od tzw. dłuższego czasu dyskutujemy z Michałem Goźdź, naczelnym ETNH, na temat tego, że przydałby się w naszym pięknym kraju nad Wisłą, festiwal gravelowy. I oto niepostrzeżenie jest, nawet jeśli się tak nie nazywa! Jak to się nie da? Da się, a Gravel Attack jest na to doskonałym przykładem, że najwspanialsze idee niekoniecznie wymagają wielkich pieniędzy, za to na pewno odpowiednich ludzi. Gravel Attack, choć to pozornie tylko wyścig, to tak naprawdę całe wydarzenie, z całą listą atrakcji, rozciągnięte na dwa dni. Sama główna rywalizacja, która w tym roku miała odrobinę więcej niż 150 kilometrów długości, to tylko jedna z nich. Te całe dwa dni gdzieś tam mają wpleciony gravel, ale to nie jedyna punkty w menu. Bo w organizację „eventu” zaangażowani są ludzie z różnych wrocławskich środowisk rowerowych, od toru po ultra i inne alleycaty. To taka współpraca ponad podziałami. W tym roku już z przyczyn oczywistych już się nie załapiecie, ale w kolejnym czemu nie? Co was ominęło? Zobaczcie sami listę atrakcji tutaj (czyli w oficjalnym informatorze). Jednym zdaniem – da się zorganizować festiwal gravelowy, mamy dowód (nawet jeśli festiwal to nie był, ale czy nazwy są takie ważne?).

Paweł, Maryś i Iza – robicie to dobrze!

Trasa wyciśnięta do ostatniej kropelki

Po ubiegłorocznym wypadzie w stronę Srebrnej Góry i edycji, która wybiła z głów paru osób kolarstwo, tym razem wróciliśmy na stare śmieci. I to dosłownie – bo fragmenty trasy w okolicach Obornik i Trzebnicy prowadziły po śladach pierwszej, pamiętnej edycji, tyle, że po prąd. A kto był wówczas to wie, co to może oznaczać! Kocie Góry nie są może wybitnie strome, ale za to na pewno malownicze. Dodatkowej dramaturgii dostarczyła ulewa, która dogoniła część ludzi jeszcze na trasie.

Po drodze mieliśmy do wyboru – albo i nie – każdy chyba typ nawierzchni. Od szutrów lepszych i gorszych, po bruk i piach oraz oczywiście asfalty. Ekipa ustalająca trasę zadbała o to, by poczuć się mógł zaskoczony każdy, nawet tuziemiec, mieszkaniec Wrocławia. Przyznam, że pomimo tego, że wydawało mi się, że sporo fragmentów okolicy znam naprawdę nieźle, dosłownie odkryłem je na nowo. Nawet te, które przejeżdżałem wielokrotnie, w naplecione umiejętnie w sznurek pereł z tymi na nowo odkrytymi tworzyły nową jakość.

Wydawałoby się, że niewiele więcej niż 1000 metrów w pionie na 150 kilometrach to niewiele, ale nic bardziej mylącego. Jeśli dodamy do tego różną, nie zawsze przyjazną nawierzchnię, naprawdę było co robić. W dodatku tak naprawdę aż szkoda momentami było się spieszyć, bo natura aż prosiła się o to, by podziwiać. A może to były dolnośląskie wioski?

Mało istotne – jeśli szukacie pomysłu na długi dzień w siodle, zdecydowanie warto wziąć pod uwagę tę trasę. Realistycznie rzecz biorąc i planując wodopoje i jedzenie po drodze, wyprawa powinna zająć około 10 godzin. A może i 12, jeśli będzie chciało się posmakować wszystkich ekstrasów, typu porzeczki prosto z krzaka (nie namawiamy, bo nie nasze, ale….).

Gdybym miał wymienić, co podobało mi się najbardziej, to chyba tzw. koloryt lokalny. Brukowana droga plus panowie weseli sobotą, a pośród nich kolarze jeżdżący w górę i w dół godne są filmowej etiudy. Albo widoki z Wzgórz Trzebnickich na Wrocław i jego wieżowce z górami w tle. Tudzież jeden z wielu wąwozów, dający cień, kiedy człowiek chce zapomnieć jak się nazywa, tak jest wysuszony, bo przegapił otwarty sklep. Na pewno też w mojej pamięci zapisze się zamknięty szlaban i chyba 30 osób, które dzięki niemu zorganizowało sobie ostry start (ciekawostkę, stawkę poprowadziły dziewczyny). No i curry vege na mecie!

PS. jeśli interesują was wyniki sportowe, znajdziecie je gdzieś tu (we właściwym czasie).

Tutaj zaś znajdziecie naszą relację na żywo na instagram.com/magazyntour

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x