Dorota Rajska – tor jest jak wielkie urodziny u babci!

Kategorie:

 Jesteś kojarzona z torem…

Nie mam torowej przeszłości, zaczęłam jeździć na rowerze, gdy miałam trzydzieści dwa lata. Ludzie kojarzą mnie z torem, ale tak naprawdę trafiłam na tor pięć lat temu, żeby po prostu pojeździć. Gdy z braku rywalek zostałam bezkonkurencyjną mistrzynią Polski, poczułam, że muszę przyciągnąć do tego sportu więcej dziewczyn. Założyłam VeloDame. Mój blog początkowo miał bardzo duży rozrzut tematyczny. Ostatecznie postanowiłam skupić się tylko na torze, a konkretnie na promocji kolarstwa torowego wśród kobiet (bo chcę mieć z kim się ścigać) i gromadzeniu kibiców dla kolarzy torowych. Uwielbiałam chodzić na tor kibicować i było mi przykro, że tak mało ludzi przychodzi na zawody.

 

Organizujesz otwarte treningi na torze. To wymaga trochę inicjatywy. Jak się za to zabrałaś?

Rozsypała się moja grupa, z którą trenowałam. Przeczekałam lato i gdy dotarło do mnie, że nie będę miała z kim jeździć, gdy zaczną się chłody, postanowiłam zorganizować własną grupę. Udało mi się nakłonić Grzegorza Krejnera, by został naszym trenerem. To niezwykle utytułowany zawodnik, trzykrotny olimpijczyk i legenda toru. W pierwszym roku spotykaliśmy się raz w tygodniu, w kolejnym dwa razy, w tym roku zaczęliśmy od dwóch, a skończyliśmy na trzech treningach tygodniowo. Ja wynajmuję tor, organizuję rowery i liczę, że zapisze się tyle osób, żebym nie musiała do tego dopłacać. Zwykle nie muszę.

 

To nie są treningi tylko dla kobiet?

Nie, wciąż nie ma tyle dziewczyn, by to w ten sposób działało. Ale czasem organizuję coś, co nazywam Dniem Kobiet na torze. Nie zawsze jest to 8 marca, ale wtedy nie wpuszczamy na tor facetów.

 

Czy jazda na torze jest trudna? Co w tym lubisz najbardziej?

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby w pierwszy dzień treningu ktoś nie wjechał na stromą część toru. Nie wydaje mi się, żeby technika jazdy na torze była trudniejsza od techniki jazdy w peletonie. Czasem mam wrażenie, że tor jest paradoksalnie bezpieczniejszy od szosy. Brak hamulców sprawia, że nikt nie robi głupot. Uwielbiam w torze to, że wszystko dzieje się na miejscu. Wyścigi szosowe przelatują przez miejscowości. Tor jest jak wielkie urodziny u babci, wszyscy od początku do końca gromadzą się przy jednym stole, są rozmowy, przysiadanie się do kolejnych biesiadujących. Nas, dziewczyn, jest tak mało, że w trakcie amatorskich zawodów często decydujemy się na starty we wszystkich konkurencjach, by zapewnić obsadę. Lubię to, mimo że wysiłek jest taki, że miewam czasem zaniki pamięci i nie pamiętam, co działo się między poszczególnymi konkurencjami.

 

Co lubisz w damskim ściganiu?

W amatorskim kolarstwie każdy płaci, by jechać, więc dlaczego ma nie jechać na siebie. Amatorski peleton nigdy nie będzie przypominał zawodowego peletonu, tam nie ma miejsca na liderów i gregario. W damskim peletonie brakuje taktyki i strategii, jest trochę niezorganizowany, chaotyczny. Ale damski peleton liczy często mniej niż dziesięć osób, trudno by działało to tak jak wśród mężczyzn. To, co konkretnie lubię w damskim peletonie, to ten moment, gdy umawiamy się, że ścigamy się tylko między sobą, że nie siadamy żadnemu facetowi na koło i gdy idzie ucieczka, dziewczyny w ucieczce i te goniące naprawdę zaczynają pracować. Nie tworzymy teamu, wciąż na finiszu każda z nas zawalczy o siebie, ale dopóki jest szansa na ucieczkę lub jej dogonienie, jest wspólna praca. To jest piękne!

 

Dorota Rajska

 

Postscriptum

Wywiad po kilku miesiącach uzupełniliśmy o dodatkowe informacje, bo w życiu Doroty wiele się działo….

 

Poza prowadzeniem zajęć na torze zabrałaś się za ostre trenowanie i wystartowałaś w mistrzostwach świata. Co spowodowało ze zdecydowałaś się na „profesjonalizację” treningu torowego?

W moim przypadku niewiele rzeczy jest zaplanowanych wcześniej. Pewnego dnia koleżanka zapytała mnie, czy jedziemy do Manchesteru na olimpika (sprint drużynowy) i tak została podjęta decyzja. W środku sezonu zauważyłam, że jeśli rzeczywiście chcę tam pojechać, to trzeba się przygotować, a konkretnie, to kolega zasugerował mi, żeby ktoś się za mnie zabrał. Trening rozpoczęłam trzy miesiące przed zawodami. Ostatecznie z olimpika nic nie wyszło, ale pojechałam swoje. Zresztą spóźniłam się na swój pierwszy start i zamiast 2 kilometrów pojechałam wyścig punktowy. Więc plany sobie, a życie sobie.

 

Kto jest Twoim trenerem i jak wyglądają specjalistyczne treningi – ile zajmują Ci czasu?

Trenuje mnie Kamil Kuczyński. Mieliśmy bardzo mało czasu na przygotowanie, więc w lipcu głównie pracowaliśmy nad rozkręceniem nogi, czyli treningi w kadencji. Od sierpnia zaczęłam treningi na torze. Tam byłam 3 razy w tygodniu, a w weekendy szosa ok 2 – 3 godzin. Na torze trenowaliśmy głównie interwały i starty z maszyny.
Teraz mam 1,5 tygodnia wolnego. Od listopada zaczynamy znów, na przyszły rok. Bo wrócę tam na pewno.

 

Czy od początku mistrzostwa świata na torze były Twoim celem?

To trudno powiedzieć. Od początku sezonu wiedziałam, że tam pojadę, ale tak jak mówiłam na przygotowania zdecydowałam się dosyć późno. Ja mam kolarskie ADHD, ciężko mi się zdecydować na jedną rzecz. Jeżdżę tor, a miesiąc później Tatra Road Race (120 km i 3300 m przewyższeń). A potem ścigam się po płaskim. Chcę być wszędzie. Ale od lipca to już było skupienie na mistrzostwach świata torowych (bo wystartowałam też w szosowych).

 

Czy jesteś zadowolona ze swoich startów? ?

To też jest trudne pytanie. Z jednej strony nigdy nie jestem tak zadowolona, żebym nie znalazła czegoś, co mogłoby pójść lepiej. Z drugiej strony, kiedy już jest po wyścigu, mam na buzi banana od ucha do ucha. Staram się cieszyć kolarstwem, choć wiadomo, startuję dla medali, a konkretnie dla złotego medalu i z takim nastawieniem staję na starcie. To bardzo wyczerpujące psychicznie, ale jak to kiedyś powiedział mój syn „nie chciałem nie wygrać”. Ja też na mistrzostwach świata nie chciałam nie wygrać, ale wracam bez medalu. Z drugiej strony, nie pamiętam, żebym wcześniej była na coś tak zdecydowana. Więc… hm… Tak, jestem zadowolona, bo dzięki takim jakie one były, chcę więcej.

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz, Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Anna Tkocz
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x