Dolce Vita na Via Romagna

Kategorie:

Gdy w lipcu poszłam na kawę z Andreą Manusią z Agencji Promocji Turystyki Rowerowej włoskiego regionu Emilia Romania, byłam przekonana, że pogadamy chwilę o rowerach, dostanę kilka kolorowych ulotek i pojadę do domu. 

I rzeczywiście, wypiliśmy kawę, pogadaliśmy o rowerach, dostałam kilka kolorowych ulotek. I wtedy, widząc, że trasa Via Romagna, o której rozmawialiśmy, ma około 400 kilometrów, zażartowałam, że mogłabym to zrobić na raz. A Andrea opowiedział mi następnie o swoim kumplu ultrasie i… pojechałam do domu. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, jak mój żart okaże się brzemienny w skutkach. 

Kolarstwo romantyczno-kaloryczne 

Na początku sierpnia Andrea znów się odezwał, tym razem już z konkretnym zaproszeniem do Włoch i sprawdzenia, jak ulotki mają się do rzeczywistości. Przez chwilę się wahałam. Wyjazd kolidowałby z Maratonem Północ Południe, z którym tak bardzo chciałam się zmierzyć. Ostatecznie jednak perspektywa kilku miłych dni spędzonych w słonecznej Italii wygrała z perspektywą tysiąckilometrowej trasy w górach. Nie przyszło mi nawet do głowy, że kolosalny wysiłek ostatecznie mnie nie ominie, lecz po prostu odbędzie się w przyjemniejszych okolicznościach przyrody…

Nie uprzedzajmy jednak faktów. Wciąż wierząc, że jadę pouprawiać kolarstwo romantyczno-kaloryczne, spytałam Andreę, czy mają na pokładzie fotografa, ponieważ o ile chętnie opiszę, jak mi się jeździło, o tyle obraz będzie potrafił przemówić mocniej niż niejedno słowo. Od razu też zaproponowałam Piotrka Ostachowskiego. Nie tylko dlatego, że robi świetne zdjęcia, ale i dlatego, że był doskonałym kompanem podczas rysowania wielkiego penisa na mapie Polski i trochę chciałam mu wynagrodzić tamtą morderczą jazdę. Nie wiedziałam, że zafunduję nam obojgu powtórkę z penisowej rozrywki, choć na krótszym dystansie. 

„Que sera, sera” 

Nadszedł wrzesień. Mieliśmy lecieć z Warszawy, więc Piotrek przyjechał do mnie dzień wcześniej. I wtedy, przeglądając program naszego wyjazdu, zauważyliśmy dwa kluczowe słowa: „one stage”. W jednej chwili dotarło do mnie, że żart sprzed dwóch miesięcy Andrea potraktował bardzo serio. 400 kilometrów nie jest dystansem, który by mnie przerażał, ale już świadomość, że należy do niego dodać 8 tysięcy metrów przewyższeń, w dodatku na pożyczonych rowerach, trochę ostudził mój zapał. Pomyślałam też o Piotrku, który jeszcze kilka dni wcześniej mówił, że po naszej ostatniej jeździe ma awersję do kręcenia nocą. Ostatecznie stwierdziliśmy jednak: „que sera, sera”, jedziemy. Co ma być, to będzie. 

Comacchio 

Z lotniska w Bolonii odbiera nas Paul i zawozi do Comacchio, miasteczka, skąd mamy następnego dnia zacząć trasę. Paul pochodzi z Londynu, ale od kilkunastu lat mieszka w Rimini i, jak twierdzi, przez te kilkanaście lat nie nauczył się włoskiego. Niejednokrotnie w czasie naszego wyjazdu będziemy się z Piotrkiem zastanawiać, jak udała mu się ta sztuka. 

Comacchio, dawna rybacka osada, z powodu mnogości przecinających ją  kanałów wodnych zwana też Małą Wenecją, zachwyca nas architekturą i spokojem. Spokój wkrótce staje się przyczyną naszej frustracji, bo choć sporo tu restauracji, otwierają się dopiero wieczorem, a my, głodni, musimy zadowolić się zakupami w pobliskim supermarkecie i piknikiem nad brzegiem jeziora. Wieczorem jesteśmy umówieni na kolację z Lucą i Giannim, którzy będą nas wspierać na trasie. Ponieważ startujemy dopiero następnego dnia po południu, a wszelkie kwestie logistyczne, od rowerów po jedzenie, są zupełnie poza nami, po prostu cieszymy się słońcem.  

Ale jadę! 

I być może z powodu słońca zaczyna boleć mnie głowa. Tabletka przeciwbólowa nie pomaga, z każdym kwadransem jest coraz gorzej. Kolacji właściwie nie tykam, Luce i Gianniemu tłumaczę brak humoru i apetytu zmęczeniem po podróży i tylko Piotrkowi przyznaję, że czuję się naprawdę źle. Myślę też o Ali Kilian, która ledwie kilka dni wcześniej, też we Włoszech i też w wyniku złego samopoczucia, zeszła z trasy Transcontinental Race. Postanawiam, że cokolwiek przyniesie poranek, pojadę, na ile starczy mi sił. Ale rano nie jest lepiej. Pierwsza część śniadania idzie na straty i zaczynam się cieszyć, że start został zaplanowany na popołudnie, bo wciąż mam nadzieję, że doprowadzę się jakoś do porządku. Nie wiem, jakim cudem, ale drugie podejście do śniadania i drzemka stawiają mnie na nogi. Sama myśl o tym, że miałabym nie pojechać, do tej pory pali mnie w gardle. Ale jadę! I od teraz rzeczy dzieją się bardzo szybko. Do naszej dwójki dołącza Nicholas, kolarz i triathlonista, dla którego wspólna trasa będzie najdłuższą pokonaną do tej pory. Przebieramy się w stroje Via Romagna i idziemy oglądać rowery. Mimo ogromnej ekscytacji zaczynamy żałować, że nie zabraliśmy własnych siodeł, bo nowe spodenki i ustawione naprędce rowery na tak długiej trasie to gotowy przepis na katastrofę. Na szczęście nie mamy zbyt wiele czasu na rozmyślania. Walizki pakujemy do auta technicznego, a sami po krótkiej sesji zdjęciowej żegnamy się z Comacchio i wraz z Nicholasem ruszamy pięknymi szutrowymi drogami w kierunku gór.  

Frustrujący mrok 

Pierwsze sto kilometrów mija na zachwytach krajobrazami, luźnych rozmowach i pozowaniu do zdjęć. Na trasie towarzyszy nam wóz techniczny z Giannim i Lucą, którzy na postojach karmią nas bagietkami z prosciutto, oraz fotografem Pierem i naszym własnym paparazzo Stefano. Oprócz wozu technicznego mamy jeszcze aniołów stróżów na motocyklach. 

Niemal równo ze zmierzchem witamy góry. Zaczyna się całkiem niewinnie. Kilka dłuższych, asfaltowych podjazdów. Piotrek i Nicholas szaleją, a ja spokojnie jadę z tyłu, wychodząc z założenia, że muszę oszczędzać siły na te 8 tysięcy w górę, bo najgorsze jeszcze przed nami. Szybko okazuje się też, że dobrze, że nie zabraliśmy własnych szosówek, zupełnie nie sprawdziłyby się na niektórych szutrowych podjazdach i stromych zjazdach, czyli wszędzie tam, gdzie gravel jest idealnym wyborem. 

Noc z jednej strony cieszy, ponieważ nie widząc końca podjazdów i nie mając na liczniku profilu trasy, kręcę bez stresu, wychodząc z założenia, że kiedyś przecież zacznie się zjazd. Jednocześnie mrok frustruje, bo choć staram się dogonić chłopaków na zjazdach, nawet mając drogę oświetloną przez motocykl jadący za mną, nie czuję się zbyt pewnie. Oprócz mroku początkowo frustrują mnie też nasi motocyklowi aniołowie stróże. Chcę jechać swoim tempem, ale świadomość, że motocyklista za mną ledwo utrzymuje równowagę, każe kręcić żwawiej. Wkrótce orientuję się, że sama na sobie wywieram presję i odpuszczam. Od teraz jedyne, co mi przeszkadza, to fakt, że przez tę nieszczęsną noc nie mogę się cieszyć widokami i pozostaje mi tylko wyobrażać sobie, jak w świetle dziennym wyglądają miasteczka, które mijamy. Obiecuję sobie, że wrócę tu w przyszłym roku, żeby pojechać to za dnia. 

Śniadanie podnosi morale

Świt zastaje nas na podjeździe pod Carnaio. To jeden z najdłuższych i najtrudniejszych podjazdów na naszej trasie, ale wschód słońca wynagradza całe zmęczenie. Zaraz jednak okazuje się, że nie samymi wschodami słońca kolarz żyje i szybko zaczynam marzyć o śniadaniu, które mamy zjeść gdzieś na dole. Wstające słońce jeszcze nie grzeje, więc zjazd w chłodzie i z pustym żołądkiem nie pozwala się cieszyć tym co dookoła. Śniadanie na klimatycznym ryneczku w Sarsinie i powoli rosnąca temperatura podnoszą nasze morale i ruszamy w dalszą drogę. Długie i kręte podjazdy ustępują ostrym sztajfom które po 200 przejechanych kilometrach mocno dają nam się we znaki. Piotrek miłosiernie nie goni już do góry, tylko jedzie razem ze mną, w moim tempie. 

Jestem zmęczona i jadę coraz wolniej,  więc żeby nie opóźniać ekipy, decyduję ostatnie dwa ostre podjazdy odpuścić i dołączyć do chłopaków, gdy zaczną się łagodniejsze pagórki. W aucie technicznym zasypiam i gdy się budzę kilkadziesiąt kilometrów dalej, w San Marino, słyszę, że Nicolas zadecydował, że skracamy trasę i jedziemy prosto na metę, do San Giovanni in Marignano, gdzie czeka już na nas burmistrz. Jestem nieco rozczarowana, ale widzę też, że w czasie gdy ja spałam w klimatyzowanym aucie, upał dal się chłopakom naprawdę we znaki. 

W San Giovanni robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z burmistrzem i pijemy lampkę wina, po czym oddajemy rowery i udajemy się do Rimini, gdzie następnego dnia, w sobotę, podczas festiwalu rowerowego mamy wziąć udział w konferencji poświęconej naszemu przejazdowi. 

Jeśli wschód, to na plaży

I właśnie podczas tej konferencji dowiadujemy się, że Andrea jest współautorem planu trasy, a nasz przejazd okazuje się częścią akcji mającej na celu jej wypromowanie. Chętnie odpowiadamy na pytania dotyczące jazdy, ale jeszcze chętniej słuchamy o planach związanych z trasą. Obiecuję sobie wrócić na Via Romagna w przyszłym roku, ale już zdecydowanie w trybie romantyczno-kalorycznym. 

Dzień kończymy w towarzystwie Piera i Stefano, spacerując po plaży i objadając się owocami morza. A ponieważ za kilkanaście godzin nasza przygoda ma dobiec końca, umawiamy się jeszcze, że wstaniemy na tyle wcześnie, żeby przywitać wschód słońca na plaży. Taka okazja długo może się nam nie trafić. Rano co prawda do ostatniej chwili przeciągamy wyjście z łóżek, ale ostatecznie na plażę docieramy równo z pierwszymi promieniami słońca i pierwszymi kolarzami zbierającymi się na ustawkę niedaleko portu. Jeszcze tylko śniadanie, kontrolowany chaos na lotnisku i kilka godzin później fizycznie jesteśmy już w Polsce, choć myślami jeszcze na Via Romagna. 

Trasa Via Romagna https://www.google.com/maps/d/u/0/viewer?mid=1gZQRrl_hFeEgOAuMoQ32qlDtCe7NczzQ&ll=44.33080167752876%2C12.166809949999994&z=9

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Kamila Pociech
Zdjęcia: Piotr Ostachowski https://www.instagram.com/explore_more_bike/
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x