COMMUTE!

Kategorie:

Czyli krótka opowieść tym, jak dojazdy do pracy pomagają w utrzymaniu formy i rowerowej zajawki.

Zacznijmy jednak od tego, skąd się tutaj w ogóle wziąłem. Rower stanowi integralną część mojego życia od wielu lat, ale prawdziwym przełomem było kupno pierwszej szosy, bodajże w 2015 roku. To, co działo się później to istna lawina – rower, rower, rower i jeszcze raz rower. Góry, wyjazdy, wyspy, lądy i wszystko pomiędzy. Dużo jeżdżę, kocham góry, robię zdjęcia, czasami piszę różne opowieści w formie niezbyt regularnie prowadzonego bloga i cieszę się każdym przejechanym kilometrem. Commuting był więc naturalnym etapem na tej mojej kolarskiej drodze i dzisiaj jest to dla mnie oczywisty wybór jeśli chodzi o przemieszczanie się. Mając coś do załatwienia ‘na mieście’ podświadomie nawet nie myślę o samochodzie, to rower jest w mózgu zapisany jako pojazd domyślny. W zeszłym roku przejechałem Race Through Poland i jeśli chodzi o ultra, to dopiero się rozkręcam.

Dojeżdżam do pracy rowerem od dobrych kilku lat. Najpierw były to korty tenisowe w Tychach, później w Pszczynie (wtedy przy powrotach posiłkowałem się PKP), dzisiaj jest to niecałe 10km do sklepu rowerowego, w którym obecnie pracuję (lokowanie produktu – Dobre Koło Katowice). Łatwo zatem policzyć, że dziennie robię minimum ~18km, niezależnie od pogody. Po części ‘wyniosłem’ to z rowerowej kurierki, którą, gdzieś tam pomiędzy, parałem się dobre dwa lata. Nie było takich warunków, które by mnie powstrzymały od wyjścia na rower, choćby na 2/3h. Chyba po prostu to lubię. Lubię to poczucie, że jest tak źle, że nikt o zdrowych zmysłach nawet nie pomyśli o wyściubieniu nosa z ciepłego domu, co dopiero mówić o jeździe na rowerze. Dla mnie to jednak zawsze zajebista zabawa i okazja do przesuwania swojej poprzeczki odporności na warunki pogodowe. 

Przemieszanie się rowerem do pracy ma dla mnie w zasadzie same zalety – utrzymuje mnie w rowerowej formie, pozwala oszczędzić czas, pieniądze i nerwy.

Zawsze mam też poczucie, że zrobiłem coś dobrego dla otaczającego mnie świata, że dołożyłem swoją małą cegiełkę do tego, żeby kiedyś w przyszłości transport był bardziej zrównoważony.

Tak po prostu dobrze się czuję ze świadomością, że po raz kolejny zamiast samochodu, spalin i korków wybrałem rower. No dobra, są też minusy – rower po tygodniu zimowej jazdy wygląda… w ogóle nie wygląda. Trzeba liczyć się z tym, że rower zużywa się znacznie szybciej niż przy dobrych warunkach, sól i woda robią swoje. Ale czy samochód się nie zużywa? Poza tym, do diaska, rower służy do jeżdżenia!

Moja obecna trasa do pracy jest więcej niż dobra. Jakieś 65% to świetnej jakości asfaltowa nitka, przecinająca sam środek najprawdziwszego lasu. Z kolei początek i koniec to trochę miejskiej przepychanki, ale to kolejna rzecz, która sprawia mi ogromną frajdę – rowerowe kurierowanie nauczyło mnie, że jazda po mieście nie musi oznaczać ciągłego stania na światłach i jazdy po dziurawych chodnikach (pozdro dla kumatych!). Nierzadko też celowo wydłużam sobie drogę, wplatając w zależności od roweru albo więcej szosy, albo więcej off-roadu. W sezonie letnim zdarza mi się też jeździć na 30-letnim Romecie, w sandałach i z kapeluszem na głowie. Przyjemność przede wszystkim!

Zimą dodatkowo dochodzi aspekt krótkiego dnia. Kończąc pracę o 18 o jakimkolwiek świetle dnia mogę jedynie pomarzyć. Dobre oświetlenie to podstawa, zarówno w dzień, jak i w nocy. Zwłaszcza jeśli twoja droga do domu wiedzie przez zimny, straszny i ciemny zimowy las… Z tym strasznym trochę przesadzam, ale to kolejny kwestia, o której należy w tym momencie wspomnieć – przyzwyczajenie do różnych warunków pogodowych idzie w parze z ‘treningiem’ jazdy o różnych porach. Jeśli ktoś nigdy nie jeździł po lesie w nocy, lub robi to rzadko, może spodziewać się, że zmysły będą znacznie bardziej wyostrzone niż w środku pięknego i słonecznego dnia, a to nie sprzyja przy spotkaniu z wyskakującym zza krzaków niedźwiedziem. A tak zupełnie na poważnie to jazda po ciemku wymaga odrobiny przyzwyczajenia, ale nie różni się zbytnio od tej dziennej. Reszta dzieje się tylko w naszych głowach.

Uważam, że te codzienne dojazdy do pracy były (i nadal są) świetnym przygotowaniem również do wyścigów typu ultra. Jadąc w zeszłym roku Race Through Poland byłem pewien, że ryzyko zaskoczenia przez warunki pogodowe, czy porę jazdy nie będzie miało dla mnie większego znaczenia. Nagłe załamanie pogody? Spoko, ogarnę. Środek nocy i kolarska ‚bomba’? wolno bo wolno, ale wiem, że będę posuwał się do przodu.

Commuting to dla mnie coś więcej niż tylko przemieszczanie się z punktu A do punktu B. To codzienny rytuał i porcja rowerowego ruchu. To obserwacja otoczenia, zmieniającego się krajobrazu i pór roku.

Jako że bardzo lubię fotografię, nierzadko celowo wybieram się wcześniej, żeby porobić foty, czy polatać dronem w ciekawych miejscach (wszystkie widoczne tutaj zdjęcia powstały właśnie przy okazji dojazdów do pracy). To też codzienna motywacja do ruszenia czterech liter i wybrania środka transportu, który każdy z nas tak kocha, i który daje tyle możliwości. Wystarczy po nie sięgnąć i zrobić pierwszy obrót korbami, później będzie już tylko lepiej!

I jeszcze tak słowem zakończenia – rower wciąż jest postrzegany w naszym kraju jako narzędzie do rekreacji, coś czym można wypełnić wolny czas, ewentualnie jako sport. Commuting ciągle jest traktowany chyba trochę po macoszemu, na rowerze do pracy dojeżdża stosunkowo mało ludzi, nawet z tych ‘wkręconych’ w szeroko pojęte kolarstwo. Powodów pewnie jest wiele, pogoda, brak infrastruktury, nierzadko posiadanie drugiego kompletu ciuchów na zmianę. Ze swojego doświadczenia mogę jednak zapewnić, że większość to po prostu wymówki. Chyba najzwyczajniej w świecie nie dorośliśmy jako naród do masowego poruszania się na rowerach i traktowania go jako środka transportu, to z resztą temat na osobny artykuł. Wierzę jednak, że i u nas jest to możliwe, i wzorem zachodnich miast będziemy widywać coraz więcej rowerzystów na ulicach. Chcesz coś zmienić, to zacznij od siebie! To co, jedziemy? #rideyourbikeandhavefun !

Krzysztof Skowroński
Krzysztof Skowroński
Niepoprawny kolarski romantyk w "środowisku" znany jako Stefan. Żadnych cyferek, słowo ‘trening’ powoduje u niego wysypkę na lewej łydce. Esteta, marzyciel i rowerowy artysta - Stefan szuka na rowerze przede wszystkim przyjemności. Nade wszystko kocha góry i to tam czuje się najlepiej. Rower to wolność, rower to jest świat! Z tymi słowami na ustach stara się eksplorować ile może i ciągle chce więcej.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

0
Would love your thoughts, please comment.x