Coffee Ride: Przez straszny most do Kotowic

Kategorie:

Nasza ulubiona runda, przejeżdżana wielokrotnie o każdej porze roku, ma same zalety i tylko jedną wadę – kawę na przystanku w połowie drogi trzeba sobie zrobić samemu! W czasach pandemii i zamkniętych kawiarni wada okazała się jednak zaletą. A dlaczego ulubiona runda? Bo w dobrym tempie przejechanie całości zajmuje około półtorej godziny. Z kawą po drodze dwie. A i tak jesteśmy w stanie zaliczyć wszystkie atrakcje! Wariant proponowany do powtórzenia jest jednym z kilku możliwych. W razie potrzeby można go rozszerzyć o dodatkowe elementy. Skrócić raczej nie, bo zwyczajnie szkoda rodzynek poupychanych w tym cieście. 

 

 

Start z Bartoszowic

 

Umownym punktem zbornym może być Jaz Bartoszowice (z lat 1913-17 nad Kanałem Powodziowym), pozwalający opuścić wrocławską Wielką Wyspę. Rundę zaplanowaliśmy w ten sposób, by zaliczyć po drodze ścieżki i dróżki, każdy singielek zdatny do przejechania na rowerze. Często używamy jej do testowania rowerów, bo obfituje w różne typy nawierzchni. Ucieszy was więc zapewne kilkaset metrów bruku tuż za Kanałem Nawigacyjnym. Na Stravie segment ten, zwany „pavé chaussée”, pokazuje średnią 43,5 km/h dla najlepszego! Chwilę potem opuszczamy wały, by wskoczyć do Lasku Strachocińskiego. Teoretycznie wzdłuż Odry jest krócej, ale las zimą chroni przed zmarznięciem, a latem przed upałem. Poza tym są tu również fragmenty ścieżek jakby celowo przygotowane pod rowery. Z lasu wypadamy więc dopiero koło miejscowości Łany.

 

 

W którą stronę?

 

Nie chodzi o błądzenie, lecz o kierunek wiatru. W związku z tym, że proponowaną rundę można przejechać w obie strony, warto sprawdzić w wietrzne dni, od której zacząć. Kolejny fragment prowadzi bowiem długo wzdłuż wałów, co potrafi być przyjemne, ale i przekształcić się w „wmordęwind”. Aż do Jeszkowic w zasadzie kierunek jest ten sam, więc w razie wątpliwości sięgnijcie po appkę Windy. A nudno nie jest! Po tropieniu węża i wąskiego śladu między Kamieńcem Wrocławskim i Gajkowem wpadamy na drugą stronę przez most, by po wybitnie zabytkowym bruku i szutrach wyjechać przy śluzie w Jeszkowicach (Stopniu Wodnym Janowice). Potem już tylko chodnikiem wzdłuż drogi.

 

 

Straszny most!

 

Mostu kolejowego w Czernicy oczywiście oficjalnie nikt nie nazywa „strasznym mostem”, ale nazwa utarła się wśród lokalsów i każdy, kto kiedykolwiek na nim był, doskonale wie, o który pomnik kultury technicznej chodzi. Wzdłuż torów prowadzi kładka piesza, którą da się też przejechać na rowerze. Tyle tylko, że stal jest przecież droga, a most stary i zardzewiały. Zbudowano go w 1935 roku i komfort pieszych nie należał wtedy do priorytetów. „Straszny most” jest sławny. Zagrał w najsłynniejszej polskiej filmowej trylogii (Sami Swoi, Nie ma mocnych i Kochaj albo rzuć). Barierki potraktowano oszczędnie, między kładką a torami jest dużo powietrza, w dole widać wodę. Macie lęk wysokości? Jeśli nie macie, możecie zacząć go mieć. Kierownice szosowe mieszczą się bez problemu, warto tylko zawczasu sprawdzić horyzont, czy ktoś nie jedzie z naprzeciwka. Miejsca na mijanie nie wystarczy! Ale za to ile adrenaliny. Uwaga! Tą trasą jeżdżą pociągi, wskazana jest więc ostrożność. Warto się rozejrzeć. Po przekroczeniu rzeki, po lewej stronie, na dole, czeka na was bruk jak z Paris – Roubaix, prowadzący do wieży widokowej w Kotowicach (faktycznie jest to ślad po miejscowości Utrata, jeden dom). Obok wieży widać, że była tu kiedyś przeprawa promowa (ale to już temat na inną historię).

 

 

 

 

Jezioro Dziewicze

 

Straszny most ma ciąg dalszy w postaci ścieżki wzdłuż linii kolejowej, która przekracza Jezioro Panieńskie. Google podaje, że podobnie jak sąsiednie, czyli Dziewicze, jest fragmentem starorzecza Oławy. Oba są malownicze, ale naszym celem jest Dziewicze. Wygląda bardziej interesująco i jest wygodniejsze do biwakowania. Małe plaże sprawiają, że w gorące dni jezioro przyciąga wielu amatorów spędzania czasu nad wodą. Jeziorka są czyste, w okolicy nie ma żadnego przemysłu, a nawet zabudowań. Gdyby okazało się, że macie problemy techniczne, albo zwyczajnie poczujecie się zmęczeni jazdą, tuż obok jest przystanek kolejowy Zakrzów-Kotowice. Może być opcją powrotu do Wrocławia koleją (np. podczas wyprawy rodzinnej), warto jednak wcześniej sprawdzić rozkład jazdy! Czas oczekiwania na pociąg potrafi wynieść od 50 minut do niemal 2 godzin (czas podróży do Wrocławia Głównego 17-20 minut). Nad Jezioro Dziewicze nie dotrzecie samochodem, co przekłada się na jego odosobnienie i zauważalnie redukuje tłumy biwakowiczów. Kawa i hamak? Proszę bardzo! Pamiętajcie tylko, że dwa drzewa mamy już zarezerwowane… Na przeciwległym końcu jeziorka jest też kolejny fajny singielek, który koniecznie musicie przejechać (znalazł się na śladzie, który udostępniamy).

 

 

 

 

Prawie żółty szlak

 

Warto korzystać z naszego śladu z tego prostego powodu, że dzięki niemu nie ominiecie kolejnych fragmentów, a łatwo je przegapić. Jak choćby fragment prowadzący pieszym żółtym szlakiem, znów z drugiej strony torów. Zalecamy skorzystanie z tej opcji również dlatego, że droga wzdłuż torów w sezonach przejściowych jest pełna gigantycznych kałuż. Niektóre trudno ominąć, tymczasem nasz wariant umożliwia połączenie przyjemnego z pożytecznym. Po kolejnych dwóch przecinkach z szynami, tym razem bezkolizyjnymi, szlak dociera z powrotem do cywilizacji, czyli Siechnic.

 

Pożytki ze stalkingu

 

Strava idealnie nadaje się do śledzenia innych użytkowników. Fragment wzdłuż Oławy zgapiliśmy więc od pewnego znanego polskiego maratończyka. Przecina tereny wodonośne, pozwalając jednocześnie uniknąć jazdy wzdłuż obwodnicy asfaltową ścieżką. Szlaban zamykający wjazd można zgrabnie ominąć (drogą obok), a kilkaset metrów po betonowych płytach przechodzi płynnie w wały, czyli ponownie jazdę „na legalu”. Tu także warto się rozejrzeć. Niekiedy wygodniej jest jechać drogą poniżej. Inne sekcje mają już albo nawierzchnię szutrową, albo węższy, ale przyjemny ślad. Odcinek wałami wzdłuż Radwanic jest świętem trzymania tempa i pozwala na szybsze dotarcie do kolejnej atrakcji, czyli czegoś, co nazywa się Kilometrowym Mostem.

 

 

Most nie most

 

Pod mostem nie ma wody, są rury, ale wielka kładka rzeczywiście ciągnie się około kilometr (mierząc palcem na mapie). Jest prosta jak drut i świetnie nadaje się do katastroficznych zdjęć, jazdy na rolkach czy spacerów. Poniżej znów tereny wodonośne. Most-kładka, choć niby na nich jest (albo nad nimi), podobnie jak wspomniany fragment po betonowych płytach wydaje się dotknięty stygmatem niejednoznaczności. Po terenach wodonośnych możliwości poruszania są ograniczone. Obok przebiega jednak eksterytorialny asfaltowy korytarz do miejscowości Mokry Dwór, którym jeździ nawet autobus. Most nie most udało nam się sfotografować w świetle księżyca, tuż przed finalnymi kilometrami z powrotem. 

 

Las Rakowiecki

 

Wrocław ciekami wodnym stoi, to one wyznaczają trasy, a nie na odwrót. Po przecięciu bocznym drogami Księża Małego i ślimaków na końcu Hallera wpadamy w kolejne single, przecinające najpierw stare bocznice obok fabryki proszku „E” (albo pozostałości po niej), a potem kładkę na Dolnej Oławie. Ten mijany zakątek Wrocławia to Wilczy Kąt. Z punktu widzenia odwiedzających przypomina raczej wycieczkę w czasie na ruiny zaginionej cywilizacji. Porzucone działki, doły po poszukiwaczach skarbów, pałacyk (!) i las tworzą wyjątkową mieszankę. Chaos ustępuje dopiero nad Odrą, na tyłach Zoo. Kładka przed nim to ostatni i w ogóle jeden z niewielu podjazdów na trasie. Za nią, skręcając w prawo, wałami dotrzecie z powrotem do Jazu Bartoszowickiego. Pętla zamyka się sumą około 35 kilometrów!

 

 

Singletrack Kotowice

 

W każdej polskiej miejscowości znajdą się podobne rundy. Przy odrobinie inwencji można je stworzyć niemal z niczego. Kotowice są celem wycieczek wielu wrocławskich rowerzystów, ponieważ kryją w sobie jeszcze coś, skarb w postaci Singletracka Kotowice, czyli pętelki XC, którą bez problemu da się przejechać na przełajówce czy gravelu. Wpiszcie odpowiednie hasło na FB!

 

Nasza trasa do powtórzenia

 

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x