Coffee Ride Kraków – Kolarska prostota

Kategorie:

 

NO…PRAWIE NIGDY

 

Z tym rowerem to nie do końca prawda, bo od 2005 roku, przez wiele kolejnych sezonów, przyjeżdżałam do Krakowa na wydarzenia MTB. Najpierw na imprezy Grzegorza Golonki i słynne dystanse giga mające ponad 100 kilometrów, prowadzone po wąwozach i ostatecznie upodlające uczestników tuż przed metą w Lasku Wolskim, ale również później na masowe imprezy Czesława Langa. Trasy prowadziły zwykle na północ i sprawiały, że zazdrościłam mieszkańcom Krakowa terenów na rower. Moim jedynym rowerem był wtedy MTB i nawet do głowy nie przyszłoby mi jeżdżenie po szosach. Okolice Krakowa to jednak niezmierzone bogactwo tras na szosówkę i gravel bike’a. Całkiem wymagających, bo przecież Kraków to Jura, więc teren jest tam urokliwie pofałdowany.

 

Coffee Ride Kraków

 

STARE MIASTO

 

Przyzwyczaiłam się do Krakowa na tyle, że przestałam reagować na jego uroki. Po prostu widziałam go w szarym śniegu, w mgliste poranki pełne smogu i przegniłych liści na Plantach, w przedwiośnia oraz  bure listopady, przelatywaliśmy przez Kraków udręczeni upałem po ostatnich egzaminach, zmęczeni. Czasem pokazywaliśmy go gościom z zagranicy. O, zobaczcie, tu jest Wawel, tu Mariacki, tam Sukiennice, a za rzeką Muzeum Sztuki Japońskiej. Oni rozglądali się i znajdowali to, czego my nie dostrzegaliśmy. Jakiś mural, tablicę wmurowaną w ścianę, darmowy koncert organowy gdzieś, gdzie trzeba dojechać tramwajem. Krakowem da się zachłysnąć, przesycić, znienawidzić go albo po prostu przyzwyczaić się do niego. Ja się przyzwyczaiłam.

 

NA JANA PUSTO…

 

Wysiadam na dworcu i „kilometrami” przemieszczam się z rowerem po Galerii Krakowskiej, zanim w końcu udaje mi się wydostać na zewnątrz. Są wakacje, roboczy dzień, a w mieście tłumy. Wsiadam na rower i jadę w kierunku Floriańskiej, taki oczywisty kierunek, bez specjalnego myślenia. Jest tak tłoczno, że z trudem przeciskam się między ludźmi. Jadę wzdłuż murów obronnych Starego Miasta, rzucam okiem w głąb Floriańskiej i widzę, że musiałabym zejść z roweru, jadę dalej wzdłuż murów, robiąc parę zdjęć wiszącym na nich obrazkom. Ulica świętego Jana jest pusta. Zupełnie. Tą ulicą wjeżdża się w sam środek Rynku, ale turyści jakoś ją omijają. Jadę środkiem ulicy, by wyjeżdżające z bocznych uliczek samochody dobrze mnie widziały, ale nie ma takiej potrzeby, wszyscy poruszają się tu niezwykle wolno. Ulica dalej, Sławkowska, jest podobnie pusta.

 

Coffee Ride Kraków

 

A RYNEK TONIE…

 

Rynek tonie w powodzi turystów i handlarzy. Wszędzie stragany: z oscypkami, miodem, barankami z porcelany, wiankami i pawimi piórami. Przeciskam się przez Rynek po przekątnej, nie chcę nikogo potrącić, ale to trudne. Jest strasznie dużo ludzi. Słyszę tyle języków, a wśród nich i takie, których zupełnie nie rozpoznaję. Uciekam stamtąd, skręcam w Wiślną, później w Bracką i za chwilę wypadam na Kościół Franciszkanów, gdzie, gdyby nie rower, weszłabym pogapić się na freski i witraże Wyspiańskiego. Setki kwiatów w stylu art nouveau zawsze mnie hipnotyzowały.

 

Coffee Ride Kraków

 

Na Grodzkiej znów tłumy. Znów jadę środkiem ulicy, wymijam pieszych i dorożki, na placu świętej Marii Magdaleny przystaję na chwilę. Dzieci bawią się w fontannie, gruchają gołębie, co chwilę ktoś inny podchodzi do fontanny, robi zdjęcia. Wtedy po raz pierwszy pojawia się to skojarzenie, widzę biały, wapienny kościół świętego Andrzeja, rozświetloną słońcem ulicę, gwar… Włochy! Tak, sierpniowy Kraków skojarzył mi się z Italią. Później znów jeszcze parę razy tak pomyślę. Biel wapiennych kamieni, ludzie, słońce, knajpki przy ulicach i mój dobry nastrój przywołują na myśl wakacje spędzone dawno temu na południu Europy. Jeszcze nigdy wcześniej Kraków nie wydał mi się tak ładny jak tego przedpołudnia.

 

WISŁA, WAWEL, SMOK I MAŁY RYNEK

 

Nad Wisłą żar jest jeszcze bardziej dokuczliwy niż na ulicach. Łyse nabrzeże gości kilku spacerowiczów, ktoś odpoczywa na trawie, patrząc na rzekę, naganiacze zachęcają do wzięcia udziału w rejsie za jedyne kilkadziesiąt złotych. Podobno Barcelona ma czkawkę spowodowaną własną popularnością, Kraków narzeka na to samo i zupełnie mnie to nie dziwi. W tle Wawel (ten pierwszy zamek, w jakim byłam w życiu, nigdy mi się nie znudzi, bo naprawdę jest przepiękny), pod nogami beton i sucha trawa. To miejsce mogłoby być zupełnie inne, gdyby było tu więcej drzew. Brakuje cienia i nie potrafię wyobrazić sobie, że ktoś w zimowy wieczór wspomina z rozrzewnieniem letnie chwile nad Wisłą pod zamkiem. Trudno tu nawet wyobrazić sobie udaną randkę z najlepszym chłopakiem w mieście.

 

Coffee Ride Kraków

 

Wzdłuż Wisły ciągnie się jednak ścieżka rowerowa, którą można pokonać ładnych parę kilometrów. Ja jadę do Smoka! Mam tak dobry nastrój, że nawet Smok wydaje mi się ładniejszy niż zawsze. Zionie ogniem i gromadzi pod sobą tłum selfie makerów. Jeśli nigdy tu nie byliście, za trzy zeta możecie zwiedzić Smoczą Jamę, która jest naprawdę fajnym miejscem, jeśli lubicie krasowe jaskinie! Można w niej rzeczywiście nabrać przekonania, że w legendzie o Smoku Wawelskim jest ziarnko prawdy.

 

MAŁY RYNEK WE WŁOSZECH

 

Objeżdżam Wawel dookoła i znów wracam na „włoską” Grodzką. Skojarzenia wciąż mnie dopadają. Z perspektywy siodełka, w niespiesznej godzinie, Kraków wygląda naprawdę przepięknie. Znów potrafię się nim zachłysnąć. Jak turysta, który bierze pod uwagę, że już nigdy może tu nie wrócić! Bardzo sobie cenię momenty, w których wraca do mnie szacunek do przypadkowości zdarzeń i przypadkowości życia w ogóle.

 

Coffee Ride Kraków

 

To świetna świadomość! I świetne uczucie! Potrzebuję zajrzeć jeszcze na Mały Rynek. To miejsce, „ukryte” za Kościołem Mariackim, zawsze dobrze na mnie działało. Mniej tłoczne, „niskie”, zawsze wydawało mi się czyste architektonicznie. Znów jadę bez żadnego pośpiechu. Skręcam z Grodzkiej w Dominikańską, a później szybko w Stolarską, gdzie mijam konsulaty: francuski, amerykański, niemiecki. Słychać jakąś elektroniczną muzykę puszczoną głośniej niż mogłaby brzmieć, dobiegając z kawiarnianego wnętrza. Na Małym Rynku coś się dzieje, biegają smoki i tancerze. Za chwilę już ich nie ma, muzyka cichnie, wszystko znika, odprowadzane jeszcze brawami kilkudziesięciu osób siedzących na schodach przed kamieniczkami. Taki właśnie jest Kraków, niespodziewany!

 

PLANTY I BŁONIA

 

Znów przemykam przez koszmarnie zatłoczony Rynek i wpadam w ulicę Szewską. Uważając na tory tramwajowe, dojeżdżam do Plant, parku okalającego Stare Miasto. Cień, jaki tam panuje, jest kojący. Skręcam w lewo, jadę chwilę wśród spacerowiczów, osłonięta od słońca drzewami, aż do wylotu ulicy Piłsudskiego. Ta ulica zaprowadzi mnie na Błonia, tam mam spotkanie!

 

Coffee Ride Kraków

 

Błonia znam bardzo dobrze. Jeśli coś sportowego dzieje się w Krakowie, dzieje się właśnie tam. Ta łąka wpisana jest od 2000 roku do rejestru zabytków i ma długą historię, pamięta niejedno historyczne wydarzenie na przestrzeni czasowej 800 lat. Widać stąd wieże Wawelu i kościoła Mariackiego. Tutaj na rogu ulicy 3 Maja i Focha (czytaj Fosza) spotykam się z Tamarą, Aśką i Agnieszką, dziewczynami związanymi z Profidea dla Kobiet*. Wywiozą mnie trochę za Kraków, byśmy miały okazję pogadać.

 

KOPIEC KOŚCIUSZKI, ZOO, LASEK WOLSKI

 

Ruszamy ścieżką rowerową wzdłuż Błoni, później wąskimi asfaltami znanymi mi z maratonów MTB. Zaczynamy podjazd pod ZOO. Asfalt jest nowy, ja pamiętam jeszcze bruk i straszne dziury. Jeśli będziemy miały szczęście, może zobaczymy słonia. Na szczycie podjazdu, zaraz za bramą do ZOO, znajduje się słoniowy wybieg i… dwa szare afrykańskie słonie! Mamy szczęście! Podwójne. Zjeżdżamy kolejnymi przyjemnymi asfaltami prowadzącymi przez Lasek Wolski i Bielańsko‑Tyniecki Park Krajobrazowy, aż do kasztanowej alei, gdzie na skraju lasu, na zboczu, rozpościera się winnica. To kolejne uderzenie włoskości tego miejsca i na początku aż nie mogę w to uwierzyć. Jaskrawa zieleń winorośli, popołudniowe niskie już słońce i aleja starych drzew. To miejsce muszę zapamiętać!

 

TYNIEC, SKAŁKI I SZUTROWA PRZYGODA

 

Po zaledwie kilku kilometrach po publicznych drogach stajemy przed Opactwem Benedyktynów w Tyńcu. Tutaj Zbyszko z Bogdańca poznał Danusię Jurandównę i poprzysiągł jej walkę z Krzyżakami. Nas od wzgórza i murów opactwa dzieli rzeka, której nie zamierzamy jednak pokonywać. Mamy na oku skałki, do których prowadzi kamienisto‑szutrowa droga, a nas kusi przygoda (kamienie i żwir na szosówkach to zawsze adrenalina!). Skałki rzeczywiście są piękne i schodzą aż do rzeki. Wszędzie tu, na całej naszej trasie, trafiamy na wapienie. Tanie loty, tani alkohol, dyskoteki, nocne życie, a dla grzecznych średniowieczne zabytki – atrakcje dla zagranicznych turystów ograniczają się do tej listy. Dla kolarzy wciąż liczyć się będą kasztanowe aleje, podjazdy, unikanie defektów na szutrach, przyroda i czas na świeżym powietrzu. Jesteśmy strasznie prości w obsłudze!

 

Coffee Ride Kraków

 

WAŁY

 

Tamara jeszcze dziś wyjeżdża do Zakopanego na Tour de Pologne, dlatego nasza jazda nie może trwać za długo. Wracamy powoli w stronę Krakowa. Droga powrotna to znów spokojna jazda trasą bez samochodów. Przemieszczamy się asfaltową ścieżką rowerową prowadzącą wałem. Jedziemy aż do Mostu Zwierzynieckiego, a potem ulicą Jacka Malczewskiego do Kamiennego Mostu, gdzie wóz policyjny czyha na łamiących zakaz kierowców, usiłujących skrócić sobie drogę do centrum. Znów jesteśmy na wzgórzu, które porasta Las Wolski i wąską, krętą drogą zjeżdżamy w kierunku Błoni. Już za chwilę znów widzimy historyczną łąkę.

 

KAWA

 

Na pożegnalną kawę i ostatnie rozmowy idziemy do Bezogródka. Tam na leżakach odpoczywamy jeszcze chwilę przy kubku mrożonej kawy. Chwilę wcześniej pozdrawiamy na Błoniach dużą grupę kolarzy. Spotkali się, by uczcić zmarłego tragicznie podczas tegorocznego Tour de Pologne Bjorga Lambrechta. Każdy z nich przejedzie miastem, niosąc przypięty na koszulce numer 143 z nazwiskiem młodego kolarza. Piękny gest i okazja, by zastanowić się nad priorytetami we własnym życiu.

 

EPILOG

 

Wracam przez ciepły, wieczorny Kraków i dziesiątki różnych myśli tłucze mi się po głowie. „Poznałaś Tamarę” – pisze ktoś obserwujący moje Instastories. Za chwilę znów ktoś w podobny sposób reaguje na zdjęcia, które wrzucam do sieci. Tak, gdy jeździ się na rowerze, poznawanie ludzi jest proste. Piszesz trzy zdania przez Facebooka/Stravę/Instagram i 24 godziny później śmiejecie się gdzieś na żwirowej drodze między polami, a w tle majaczą mury jakiegoś opactwa. Poza gwiazdami największego formatu (które też okazują się ludźmi z krwi i kości) każdy kolarz po prostu ucieszy się z jazdy na rowerze z kimś, kto też lubi to robić. I nie ma w tym żadnych podtekstów.

 

Coffee Ride Kraków

 

Gubię się znów na dworcu, olewam kolejkę do kasy i stojąc na powietrzu, łapię strzępki Internetu, by kupić bilet w sieci. A może po prostu to moja kolarska prostota wywiewa mnie z pomieszczeń na słońce. Może właśnie tak! Nie mam nic naprzeciwko, by tak pozostało jeszcze długo.

 

 

*Profidea dla Kobiet – inicjatywa Tamary Góreckiej‑Werońskiej mająca na celu integrację damskiego środowiska krakowskich kolarek oraz promocję kolarstwa wśród kobiet. Jeżdżą dwa razy w tygodniu, bez spiny, bez ścigania, po to, by trochę się poruszać, pogadać, wzajemnie motywować. Mówią, że dzięki tym spotkaniom lepiej się poznają, pomagają sobie wzajemnie. Co chwilę wpada ktoś nowy, zarażony kolarstwem, zbyt nieśmiały, by zacząć samemu, ale chętny by dać się pokierować. „Damskie Poniedziałki” i „Piątkowe Początki” są właśnie po to. Profidea dla kobiet to również konferencje i wyjazdy. Jeśli jesteś z Krakowa i twoje koleżanki jeszcze nie wiedzą o tej inicjatywie, musisz to zmienić!

 

Przeczytaj również:

 

Test: Trenażery typu Smart do 4000 zł

Test: GT Grade Carbon Pro – odrobiona lekcja

Kultowe miejsca – tropem klasyków

Test: Hunt 30 Carbon Gravel – Pancerne na szutry

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x