Biała Jura na gravelu

Kategorie:

Minęliśmy właśnie węzeł drogowy Sośnica, który z góry wygląda jak nieudana róża topowa* zasupłana przez niesprawnego bosmana z podwójnych lin autostrad A1 i A4, i przepleciona cieńszym sznurkiem DTŚ. Obserwujemy samochodowy termometr, który nie potrafi się zdecydować, jeden stopień w dół, chwilę potem dwa w górę. Umazana solanką przednia szyba ściera się z zimnym, wilgotnym powietrzem i walczy z oporem, który jej stawia. Dzień jest pochmurny, ale temperatura wciąż trzyma się poniżej zera. To dobrze, myślimy sobie, dobrze dla nas i dobrze dla naszych rowerów. Niech będzie mróz!

 

W ostatnim tygodniu grudnia nabawiłam się uczulenia na deszcz. Dwadzieścia cztery i pół godziny jazdy po mokrych asfaltach, sącząca się do butów woda, pomarszczona skóra na stopach, lodowate dłonie, otucha w podjazdach i nienawiść wobec zjazdów, a na koniec brudne kałuże rosnące pod rowerem wstawionym do przedpokoju przez sześć dni z rzędu i sterty mokrych i brudnych ciuchów, których nie śmiałam nawet wrzucić w tym stanie do pralki. Oto okoliczności tegorocznego świątecznego wyzwania Raphy. Było mokro. Wiadomo, po co robi się Rapha Festive 500. Bo się chce! I wiadomo, czemu potem długo nie ma się ochoty na powtórkę. Bo nie! I właśnie dlatego cieszyliśmy się z mrozu. Mróz oznaczał wodę w mniej mokrym stanie skupienia…

 

 

biała Jura

 

Mekka skałkowiczów

-4 stopnie i śnieg powyżej kostek przywitały nas w Podlesicach. Zaparkowaliśmy w pobliżu Trafo Base Camp. Dwadzieścia lat temu Podlesice były wioską, w której brakowało obiektów turystycznych. Restauracja Ostaniec, niski, prostokątny budynek w stylu sklepów GS, przeszklony od frontu, z tyłu toporny beton oraz pole namiotowe, na którym koczowali wspinacze. Góra Zborów zawsze była mekką skałkowiczów. Chyba każdy, kto pochodzi z tych terenów i nie ma jeszcze dziewięćdziesięciu lat, zakosztował wspinaczki. Każdy tutaj przeżył tę zajawkę. Dla Ślązaków ta część Jury zawsze była weekendowym podwórkiem, to tutaj wpadaliśmy na weekend pod namiot, na grzyby i jagody. Ze stolicy Górnego Śląska do Zawiercia pociąg jechał godzinę (nadal połączeń jest sporo i nadal trwa to sześćdziesiąt minut). Gdy miało się do dyspozycji rower, za kolejną godzinę można było położyć się wśród kwiatów u stóp białych wapiennych skał lub patrzeć na białe wieże jednego z licznych w tej okolicy średniowiecznych zamków. Latem zamki zawsze były głośniejsze niż skałki. Cisza na skałkach pozwalała nawet przygotowywać się do matury…

 

Dzień wcześniej wieczorem siedzę nad Stravą i klikam na mapie kolejne punkty na naszej trasie. W lewej dłoni trzymam telefon z odpaloną aplikacją mapy.cz i szukam szlaków. Gdyby z Podlesic pojechać na północny zachód, dotrze się do Huciska, miejsca rozgrywania jednego z wyścigów przełajowych w ramach kalendarza PZKol. Niedaleko, w zasięgu wiejskiego roweru. Gdyby jechać dalej w tamtym kierunku, dotrze się do dwóch zamków: Bobolic i Mirowa. Są w takiej odległości od siebie, że mieszkańcy jednego i drugiego zamku mogli machać do siebie chusteczkami, wyglądając z okien. Mirów jest teraz ruiną, Bobolice wyglądają bardziej reprezentacyjnie. Z perspektywy bezśnieżnego Wrocławia trudno przewidzieć warunki, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć 200 kilometrów na wschód. Dlatego bardzo ostrożnie planuję trasę, w każdym punkcie kontrolując, czy zostawiam nam możliwość odbicia na asfalt lub skrócenia pętli. Niestety, zima i rower za bardzo się nie lubią.

 

Nie wybieramy się jednak do Mirowa. Znajomy olsztynianin (w Polsce oprócz dużego Olsztyna znajduje się też mniejszy, pod Częstochową) radzi nam, byśmy odwiedzili Zamek Pilcza w Smoleniu koło Pilicy. „Ładnie wygląda, jest dobrze zachowany i spory”. Prowadzę więc trasę na południe, zwiedzimy Morsko, Ogrodzieniec i Smoleń. W sumie 60 kilometrów.

 

 

biała Jura

 

 

Start

Otwieram drzwi samochodu i wpadam w śnieg. Wiosennie wyglądający Wrocław nie mógł nas na to przygotować. Poza paroma elementami mój strój jest prawie szosowy. Prawie. Na stopach mam wodoodporne skarpetki i zjazdowe buty Shimano, jedyne, które są na tyle luźne, by zmieścić grube skarpety i jedyne z grubą gumową podeszwą, by chronić przed chłodem, gdy trzeba trochę maszerować. Na pupie, oprócz długich ocieplanych „obciślaków”, szorty enduro. Te szerokie spodnie zatrzymują ogrzane ciałem powietrze i marznie się trochę później niż w samej lajkrze. Do tego bluza, kurtka, buff i czapeczka – prawie szosowiec. Prawie, bo na rękach mam grube rękawice, a na plecach wielki plecak enduro. W plecaku aparat, termos, kanapki i druga kurtka, bo przecież nigdy nic nie wiadomo…

 

Jedziemy czerwonym szlakiem rowerowym w stronę Morska. Poruszamy się fragmentem Jurajskiego Szlaku Rowerowego „Orlich Gniazd” o łącznej długości 185 kilometrów, który łączy Częstochowę z Krakowem. Świeżo malowane oznaczenia pozwalają mieć nadzieję, że szlak nie będzie gubił się na rozwidleniach i łatwo będzie nam za nim podążać. Parę pierwszych kilometrów trasy to ideał zimowej drogi – biała, twarda i szeroka. Jedzie się świetnie, rower delikatnie tańczy w śniegu (to coś, co lubią nasze przełajowe dusze), a jednocześnie nie zapada się i żwawo prze do przodu. Robi się cieplej, a my wpadamy w sosnowy las. Gdyby tak mogło być do końca…

 

 

biała Jura

 

 

Bąkowiec

Biała droga prowadzi nas do podnóża pagórka, na którym króluje wyciąg narciarski. Nie ma narciarzy, jest pusto, ale jesteśmy tu w środku tygodnia i trudno w takiej nienarciarskiej miejscowości oczekiwać tłumów. Zbaczamy ze szlaku, by podjechać do dolnej stacji wyciągu i od razu zapadamy się w zaspy śniegu. To dobitnie daje nam do zrozumienia, że poza utwardzonymi szlakami dziś jazdy nie będzie. Dokładnie na szczycie pagórka, za wyciągiem narciarskim, znajduje się pierwszy na naszej trasie zamek – Bąkowiec w Morsku. Cisza okolicy aż brzęczy w uszach, gdzieś daleko gra muzyka z puszczonego głośno radia, pod zamkiem pustki. Brukowana droga wijąca się lasem od zamku do wsi jest biała, od ostatnich opadów śniegu musiało jechać nią zaledwie kilka samochodów. Widać już zabudowania wsi Morsko, gdy czerwony szlak rowerowy odbija w pola. „Nie ma szans” – kręcimy głowami. Szlakiem od wielu dni nikt nawet nie szedł. Rower na oponach szerokości parówki ugrzęźnie tam po kilku metrach. Szybko zerkam na Google’a, by przekonać się, gdzie mamy szansę znów wrócić na nasz szlak. Nie jest źle, zresztą planowanie trasy uwzględniało „powrót do lat osiemdziesiątych”, a biała sceneria wzbudza w nas euforię.

 

 

biała Jura

 

Okiennik

Jazda asfaltem miała być ostatecznością, ale wiemy, że nie mamy wyjścia. Drogi są czarne i mimo mrozu momentami nawet mokre. Od razu podnosi się nam prędkość przelotowa, choć wiemy, że nie można szarżować, bo im szybciej się jedzie, tym zimniejsze zdaje się powietrze, poza tym mokre plecy na takim mrozie nie wróżyłyby dobrze w razie konieczności postoju. Za wsią Skarżyce po lewej stronie drogi przeziera wapienny ostaniec o charakterystycznym kształcie. Przyglądamy mu się, przypomina głowę kameleona, którego oko to okrągły otwór u szczytu skały – Okiennika. Otwór, jak można przeczytać w Wikipedii, ma wymiary 5 na 7 metrów, więc jest całkiem spory. Na tym zespole skalnym wspinacze poprowadzili aż 96 dróg wspinaczkowych o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności. Udaje się nam podjechać prawie pod skały. Gdy stoi się u podnóża, otwór w skałach znika, ale za to widać kilka stalowych ringów umieszczonych w białym wapieniu, nie można mieć wątpliwości, to miejsce znane jest wspinaczom!

 

 

biała Jura

 

 

Ogrodzieniec

Widać go z kilku kilometrów. W mroźnym powietrzu widoczność jest słaba, ale kontury potężnych ruin wyróżniają się na tle linii rysujących się na horyzoncie wzgórz. Został zbudowany na skałach i skały stanowią niektóre z jego ścian. Pod zamkiem na wielkiej żółtej tablicy GOPR ostrzega: „Wspinaczka po ścianach zamku grozi śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zakaz wstępu na mury”. Brzmi jak żart, ale większość wspinaczy, których znam, ma w swojej historii takie próby. Zimą poza weekendami zwiedzanie zamku nie jest możliwe. Zdobywamy wzgórze zamkowe w siodełkach, mimo że droga jest oblodzona. Wzdłuż głównego traktu, prawie jak u stóp średniowiecznego grodu, ustawione są stragany rzemieślników i kupców: lody świderki, lody rzemieślnicze, gofry, pamiątki… Dziś wszystkie zamknięte. Próbuję wyobrazić sobie, ile straciliśmy, przyjeżdżając tu zimą, i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ciągle jesteśmy na plusie. Jeśli nie jest się już dzieckiem i spokój ceni się bardziej niż lody z posypką, zimą w Ogrodzieńcu wygrywa się swoją nagrodę w zamian za odrobinę zimne stopy. Zamek jest imponujący. Robi wrażenie niezależnie od wieku odwiedzającego. To forteca, prawdziwe zamczysko. Ma wieże, na szczytach których powiewają proporce, wysokie mury kryją ocalałe sale pełne rosy na zimnych wapiennych ścianach. Po zamku można chodzić z godzinę, odkrywając coraz to nowe przejścia i schody. Warto go odwiedzić w godzinach otwarcia.

 

Szlak, którym chcieliśmy się udać w dalszą trasę, znów jest zasypany i na oko widać, że nie ma sensu pchać się w zaspy. Robimy ekspresowy piknik – herbata z termosu i bułka, zagryzana słodkim batonikiem. Im szybciej zaczniemy dalszą jazdę, tym mniej się wychłodzimy. Wydobywam z plecaka kurtkę (tę, która miała się nie przydać) i z ulgą zakładam ją na grzbiet. Irytujące przysłowie mojego taty – „lepiej nosić, niż się prosić” – jest dziś tak aktualne, że aż uśmiecham się do siebie, gdy myślę o własnej przezorności. Posileni ruszamy dalej, przez warunki na trasie skazani na poruszanie się dość ruchliwą drogą 790 Ogrodzieniec – Pilica. Na asfalcie Grzegorz na swoich gravelowych oponach jest wyraźnie szybszy ode mnie albo tracę już siły. Na zjazdach niemiłosiernie zostawia mnie z tyłu, a ja z zimna i zmęczenia, które w tym momencie właśnie się odezwało, mam wrażenie, że mój rower traci stabilność. Po kilku kilometrach takiej jazdy, gdy wściekam się na przełajowy bieżnik, coś jednak mnie tknęło i sprawdzam ciśnienie w oponie. Zero w porywach do pół atmosfery. Kicha. A właściwie nie kicha. Zaletą tubelessów jest to, że od momentu uświadomienia sobie, że schodzi powietrze, do ostatecznego „remontu” systemu można natrzaskać jeszcze kilka setek kilometrów, wożąc ze sobą tylko pompkę (na wszelki wypadek). Temperatura poniżej zera wpłynęła negatywnie na szczelność tylnej opony. Kilka ruchów tłokiem pompki i można jechać dalej.

 

 

biała Jura

 

 

Z Pilicy do Pilczy w Smoleniu

Słońce zniżyło się wyraźnie i zgęstniały chmury. Przemykamy przez Pilicę, która w tej temperaturze i szaro-białej porze roku nie zdawała się oferować żadnych atrakcji kolarzom w trzech warstwach ciuchów. Za Pilicą zaczyna się dość mozolny podjazd w stronę ostatniego z zamków, który zaplanowaliśmy odwiedzić. Na podjeździe w końcu robi się cieplej. Zima to pora roku, gdy nie potrafię kochać zjazdów. Żaden zjazd szosą w mroźny dzień mnie nie cieszy. Wydaje mi się, że droga z Pilicy do Smolenia ciągnie się niemiłosiernie. Sceneria jest dość depresyjna. Krajobraz zszarzał, bez słońca śnieg nie chce się skrzyć, mijają nas samochody, w powietrzu pojawił się zapach dymu.

 

W Smoleniu wjeżdżamy w szpalery kasztanowców, droga do zamku trochę się wije i znów robi się ładnie. Pod zamkiem otwarta kasa, w której pani informuje nas, że jeśli nie chcemy zwiedzać dziedzińca zamku, spokojnie możemy się przespacerować z rowerami po wzgórzu bez żadnych opłat. Wzgórze jest rezerwatem przyrody i prawdopodobnie było zamieszkane jeszcze przed naszą erą. Ruiny zamku są niedostępne dla „dzikich zwiedzających” i wstęp na zamek wymaga wykupienia biletu. Tutaj już nie potykamy się o budki z lodami. Jest spokojniej i „mniej turystycznie”, ale nie mniej malowniczo. Z tego miejsca mój optymizm meteorologiczny podpowiedział mi, aby poprowadzić trasę powrotną pieszym szlakiem przez wzgórza. Nie potrzebowaliśmy jednak specjalnej narady, by z marszu odrzucić ten wariant. „Ciemno, zimno, a do domu daleko”… Planowanie zostawiliśmy więc niezawodnemu Google’owi.

 

 

biała Jura

 

 

Z powrotem

„Zaczekaj!” – wołam i czuję, że wypowiedzenie tego prostego, krótkiego słowa sprawia mi trudność. Wiem, że zaraz zacznie się zjazd do Pilicy i nie mogę pozwolić, by tam odpadły mi uszy, bo w życiu ich nie znajdziemy w tym śniegu. Zrobiło się okropnie zimno, a wiatr miał coś do załatwienia dokładnie w przeciwnym kierunku niż my. Za Pilicą droga zaczęła się wspinać. Ubyło samochodów i wkrótce jechaliśmy sami w białym krajobrazie, który odsłaniał dalsze swe kadry z każdym mijanym pagórkiem. Krajobrazy tej części Jury są raczej puste, jeśli nie zdobi ich wioska lub las, są ciągnącymi się po horyzont falami wzniesień. Latem pola, teraz morze bieli. Włączyliśmy lampki, bo natężenie światła zaczęło powoli spadać. Rozświetleni jak choinki i tak ściągaliśmy na siebie kierowców, którzy nieczęsto chyba wyprzedzają rowerzystów. Zmarznięta i skupiona na drodze słyszę, jak mój towarzysz przeklina jakiś prawie ocierający się o nas pojazd. Czułam, że był blisko, wiedziałam chwilę wcześniej, że zechce przecisnąć się między nami a zbliżającym się z naprzeciwka samochodem, bo jego silnik nie zmienił tonu. Bycie kolarzem uczy jazdy na słuch. Trzeba wiedzieć, kiedy chwycić mocniej kierownicę. Nie chciałabym nigdy przekonać się, że to jednak za mało.

 

Las, w który wpadliśmy, trochę osłonił nas od wiatru i znów jedzie się przyjemnie, mimo zbliżającego się zmierzchu. Dojeżdżamy do głównej drogi 78 i gdy patrzę na natężenie ruchu, wiem, że nie mam ochoty na jazdę wśród samochodów. Zawracamy. Kilka kilometrów więcej na liczniku nas nie wykończy, a pozwoli spokojnie dojechać do bazy. Boczna droga, którą jedziemy, jest biała. To najprzyjemniejszy fragment drugiej części naszej wyprawy. Jazda staje się czujna, rower trochę tańczy i znów cieszymy się, że mamy terenowe opony. Jeszcze nie jest zupełnie ciemno, gdy dojeżdżamy do Kroczyc. Tamtejszy wapienny kościół w centrum miejscowości zawsze był znakiem, że trzeba się przygotować do wysiadania z PKS-u. Kilka kilometrów dalej znajduje się miejscowość, w której spędziłam wiele upojnych letnich weekendów, odpoczywając na skałkach w małej wsi Kostkowice. Z Kroczyc do naszej bazy jest też zaledwie kilka kilometrów. Jesteśmy prawie „w domu”.

 

Epilog

Siedząc na samochodowym fotelu, zwieszam nogi poza próg i stukając butami, otrzepuję z nich śnieg. Przebrana w cywilne ciuchy czyszczę rower, wygrzebując z zakamarków zamarznięte bryły śniegu. Czuję się jak po nartach. Szczypie mnie twarz, powietrze pachnie mrozem, jestem zmęczona i marzę o herbacie z cytryną. Śmiejemy się, że trasa, którą narysowałam na Stravie, chyba bardziej udałaby się na biegówkach. Nie jestem pewna, czy udałoby się pokonać na nich nasz rowerowy dystans, ale z pewnością byłoby przygodowo. Czy przełajowa jazda asfaltami dała nam satysfakcję? Jak najbardziej! Sześćdziesiąt kilometrów na terenowych oponach to zawsze dobry dystans. W styczniu, gdy Zwift kusi wygodnym treningiem w cieple, jazda na zewnątrz w celach krajoznawczych to prawie święto. Kolejna wizyta tutaj wiosną. Cel? Jak najmniej asfaltów!

 

[*Węzeł, który mocuje się na topie złamanego masztu, by do niego z kolei umocować wanty i sztagi, czyli liny podtrzymujące maszt. Wygląda dość skomplikowanie.]

 

Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w numerze 1/2019 TOUR. Możecie go kupić tutaj

INFORMACJE O AUTORZE:

Autor tekstu: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz
Grzegorz Radziwonowski
Grzegorz Radziwonowski
Ciągle w siodle, bez względu na to, czy był to kiedyś rower XC, czy częściej gravel jak obecnie. Nie boi się zmian i nowych wyzwań.

Czytaj dalej

Podobne artykułu

[dis2]
0
Would love your thoughts, please comment.x